OBCY
Od Autora: opowiadanie zawiera w sobie wątki zarówno z Fallouta jak i z filmu "Obcy" (i to nie tylko ze względu na tytuł). Nie polecał bym tego czytać osobom zbyt wrażliwym albo ze zbyt bogatą wyobraźnią :|(jest trochę krwawych scen).
- Starszy rycerz Rick, hmmm... widzę, że macie na koncie szereg pomyślnie ukończonych misji, jesteście dobrym snajperem i jeszcze lepszym operatorem ciężkiej broni. Macie wszelkie zadatki na przydział do nowego bunkra; Rycerz dowódca Malone, jesteście dowódcą oddziału już dobre trzy sezony, zarówno Ty jak cała twoja drużyna spisujecie się świetnie, a po ostatnim zadaniu dostaliście pochwałę od dowódcy sąsiedniego bunkra. Za chwilę ogłoszę która drużyna zostanie przydzielona do bunkra Beta a która zostanie z nami. Rozkazy przyszły z samej góry z Krypty 0 i nie mogą ulec zmianie...
Rick i Malone byli rywalami od pierwszego dnia szkolenia, dzięki dobrym wynikom szybko zostali dowódcami własnych drużyn a rywalizacja między nimi wzmogła się jeszcze bardziej. Rick pochodził z Bramin Wood, zaczął szkolenie w wieku 16 lat, dzięki sile, dobremu wzrokowi i zdolnościom manualnym szybko przeszedł na specjalne szkolenie dla snajperów i operatorów ciężkiej broni maszynowej. Malone pochodził z Red Rock, wiosce która była w nienajlepszych stosunkach z Bramin Wood, był starszy od Ricka o 4 miesiące, lepiej się posługiwał bronią energetyczną i karabinami w stylu M-16 czy AK-47. Obaj mieli pod skrzydłami równorzędnie najlepsze drużyny w regionie i obaj pragnęli tego przeniesienia jak nikt inny. Za chwilę wszystko się miało rozwiązać, któryś z nich zatryumfuje wreszcie nad drugim!
- A więc z przyjemnością pragnę ogłosić, że przeniesienie dostaje drużyna Dragon pod dowództwem Rycerza dowódcy Malone'a. Gratuluję żołnierzu! - generał Wesson podszedł do Malone'a aby uścisnąć mu dłoń.
To koniec - pomyślał Rick. Kolejny rok na tym zadupiu, nawet jeżeli dostanie w końcu ten przydział to pewne nie dogoni już Malone'a. Oznaczało to porażkę na całej linii. Echh...
Zgromadzeni na uroczystym apelu mieszkańcy zaczęli się rozchodzić, każdy miał swoje zmartwienia i nie obchodził ich los Ricka. Malone zebrał drużynę, kazał im zabrać rzeczy osobiste oraz wyposażenie i za pół godziny być w garażu. Widać jak najszybciej chciał opuścić to miejsce. Rick również zebrał swoją trzyosobową drużynę i zarządził wolne do końca dnia. Był zrezygnowany, położył się na swojej koi i chciał zasnąć, jednak nie mógł, kiedy leżał tak sobie bez celu podeszła do niego drużynowa saperka Sara.
- Nie przejmuj się, my następni dostaniemy przydział, może nawet do bunkra Gamma.
- Może, gdyby zagroził bractwu jakiś nowy potężny wróg, ale na razie jak sama widzisz nic się nie szykuje.
- Może to cisza przed burzą.
- Chciał bym w to uwierzyć, ale jakoś nie mogę. Bractwo szykuje się do pokonania gór na zachodzie i tylko tam mogą napotkać jakieś zagrożenie, a tymczasem my siedzimy na tym zadupiu najdalej wysuniętym na wschód. Nie ma tu nawet porządnej bandy Raidersów.
- Przesadzasz, zresztą, skąd wiesz, że ze wschodu nic nam nie grozi?
- Bo tam spadło najwięcej atomówek i teren jest tak skażony, że wątpię czy Ghul by tam przeżył.
- Ciebie nawet pocieszyć nie można. Zobaczysz - jeszcze przegonisz tego Malone'a.
- Aha...
- Mam świetny pomysł. Chodź ze mną, zabiorę cię na małą przejażdżkę.
- Chyba wiem o co ci chodzi...
Razem przeszli do garażu aby wziąć Hummera. Akurat był tam Malone i jego świta. Stali przy swoim aucie i pakowali sprzęt do bagażnika.
- No cóż Rick, konkurencja z twojej strony była ostra. Naprawdę sporo się musiałem narobić aby cię prześcignąć - zagadnął Malone kiedy przechodzili koło niego.
- To jeszcze nie koniec - nie spoczywaj na laurach.
- Ty nigdy się nie poddajesz! I za to cię tak lubię.
- Heh, jeszcze o mnie usłyszysz - rzucił Rick wsiadając do samochodu.
- Tak, na pewno - odparł rywal z nutką ironii w głosie.
Hammer ruszył z piskiem opon i wkrótce bunkier został daleko za nimi. Rick cieszył się z tej rozmowy w garażu, podniosła go na duchu. Wprawdzie z Malone'am byli wiecznymi rywalami ale w sumie byli także przyjaciółmi. Uśmiechną się lekko pod nosem co Sara zaraz zauważyła.
- Jedziemy na strzelnicę, mam dla ciebie niespodziankę.
- Nie mogę się już doczekać.
Strzelnica to idealnie płaski fragment pustyni kilka kilometrów na północ od bunkra, pustynia otaczała ich ze wszystkich stron ale usłana była różnej wielkości głazami i kamieniami, tam nie leżał żaden większy kawałek skały, idealne miejsce do strzelania z dużych odległości z jakiejś snajperki. Po kilku minutach dojechali na miejsce.
- Dobra wysiadaj, pojadę ustawić cele - powiedziała Sara jednocześnie otwierając drzwi.
- Już się robi - odrzekł.
Sara ruszyła przed siebie, w stronę skraju płaszczyzny gdzie zaczynał się pas wielkich głazów. Kiedy odjechała na jakieś 1000 metrów, wysiadła z auta zabierając ze sobą kilkanaście pustych butelek po Nuka-Coli i piwie. Wdrapała się na duży płaski głaz i zaczęła je ustawiać obok siebie w metrowych odstępach. Kiedy zabrakło już miejsca zeszła na ziemię i ustawiła resztę na małych kamieniach lub ziemi. Następnie wsiadła do Hummera i wróciła do Ricka.
- Zwariowałaś,? Ustawiłaś je za daleko - co najmniej kilometr stąd - zaczął Rick kiedy tylko zaparkowała samochód przodem w kierunku bunkra - To za daleko, moja snajperka ma za mały zasięg.
- Masz rację. Twoja snajperka ma za mały zasięg.
- Więc o co w tym chodzi?
- O to, że od dzisiaj masz nową broń.
- Co? Niby skąd?
- Rano przyszły z dostawą amunicji, dwa nowiutkie karabiny wyborowe z zapasem amunicji na dwa tygodnie, generał Wesson dał ci jednego, tak na otarcie łez.
- Co to za model?
- Najnowsze dzieło fabryki w Krypcie 0, każdy bunkier dostał po dwa egzemplarze do przetestowania, kaliber 12,7 mm, zasięg podobno 1500 metrów.
- Ale armata! Szybko, pokaż mi ją.
- Wiedziałam, że tak zareagujesz. Poczekaj zaraz ci ją przyniosę, jest w bagażniku.
Sara wyjęła zawiniątko z bagażnika i podeszła z nim do Ricka. Następnie wyjęła karabin z worka i przekazała dowódcy. Konstrukcję miał dość prostą, był długi na około 1,5 metra, ciemnozielony z potężną lunetą i magazynkiem na 15 naboi. Rick nie mógł się wprost napatrzeć na to cudo, idealnie leżał w dłoniach, był dobrze wyważony i miał zabójczy wygląd.
- Dalej, postrzelaj sobie - zagadnęła ochoczo Sara.
- Nareszcie godna mnie spluwa!
Rick wymierzył w najwyżej położoną butelkę i z pozycji stojącej wystrzelił. Huk był tak głośny, że miało się wrażenie jakby karabin wybuchł w dłoniach, odrzut był na tyle silny, że lufę odepchnęło z impetem do góry.
- Z tego się strzela z pozycji leżącej, koteczku.
Koteczek nic nie odpowiedział tylko rozłożył dwójnóg umieszczony pod lufą i ułożył się na ziemi. Następnie zaczął strzelać: huk, przeładowanie, celowanie, huk, przeładowanie... Wreszcie skończyły się cele. Rick wstał z uśmiechem na ustach.
- Świetna broń. Jest moja czy tylko mogę ją sobie wypożyczać od kwatermistrza?
- Jest twoja, ale musisz zapłacić 5000, to taka symboliczna suma.
- Będę musiał rozbić świnkę skarbonkę, ale to cacko jest tego warte.
- Wiedziałam, że ci się spodoba.
- Zawsze potrafisz mnie uszczęśliwić.
- No cóż...
- I chyba będę się musiał odwdzięczyć.
- Było by miło...
Bunkier Alfa, najgorsza nora bractwa położona najdalej na wschodzie, zadupie zadupia, służba ograniczała się tu praktycznie do patroli i nauki rekrutów, jeżeli już zdarzy się jakaś akcja to zazwyczaj jest to banda jakichś bandytów lub większe stado karaluchów czy skorpionów. Nawet się nie można zabawić, postrzelać czasami do czegoś innego niż tarcze czy puste butelki. Gdyby wpadł tu jakiś postronny cywil mógł by sobie pomyśleć, że to jakiś szpital albo dom starców. A najgorsze jest to, że trudno jest się stąd wyrwać, bractwu zależy na jakimś przystanku na wschodzie terytorium ich wpływów. Starszyzna obmyśliła sobie, że region ten jest na tyle spokojny, że niemal idealny na ćwiczenie nowych rekrutów. Co 4 tygodnie (bo tyle trwało szkolenie) dostarczano im nową grupę żółtodziobów aby wpoić im zasady walki na pustkowiach. Tutaj przechodzili tylko podstawowe szkolenie, uczyli się obsługi broni, umiejętności bojowych i często uczestniczyli w patrolach. Dni płynęły tu spokojnie, niemal zapominało się, że jest to świat po zagładzie nuklearnej. Jednak wszystko to miało się wkrótce zmienić...
- Rick wstawaj, robota czeka! - Sara wrzasnęła swojemu przełożonemu tuż nad uchem, ten się tak przestraszył, że podrywając się z koi walnął głową o lóżko nad nim.
- Au! Mówiłem ci żebyś tego nie robiła... - wycedził masując sobie guza.
- Bla, bla, bla, generałek kazał zabrać kilku rekrutów na małą przejażdżkę.
- Co? A niby gdzie mamy ich zawieźć?
- W jaskiniach na południu znajduje się duże gniazdo radskorpionów, rekruci mają je zniszczyć, a my mamy pilnować ich bezpieczeństwa.
- Czekaj, która właściwie jest godzina?
- 4:38
- Szykuj auto, ja obudzę kadetów.
- Tylko nie zrób im krzywdy. Ostatnio masz coraz dziwniejsze sposoby na pobudkę.
- Wczoraj wpadłem na świetną myśl, posikają się ze strachu.
- Dobra, idę do garażu i po Mike'a.
Rick szybko wstał i założył swój metalowy pancerz, podszedł do swojej szafki i wyją z niej taśmę z amunicją do Miniguna. Następnie skierował się do sypialni kadetów, cicho wszedł do pomieszczenia i wycelował działko w łóżka ze śpiącymi żołnierzami. Ciszę przerwał ogłuszający ryk "Mściciela", Rick zatoczył półokrąg cały czas strzelając, tak aby pociski dosięgły wszystkich koi. Wreszcie ryk ustał i lufy zatrzymały się z charakterystycznym dźwiękiem. Większość kadetów wpadła w panikę, pospadali z łóżek i albo wtoczyli się po dnie albo zaczęli wrzeszczeć i próbować uciec, część zastygła ze strachu, część natychmiast zaczęła się przygotowywać do zbiórki.
- Ruszać się panienki! Jeżeli zaraz nie zobaczę was stojących na baczność w pełnym oporządzeniu i gotowych do akcji to dostaniecie tydzień karceru! - Rick był zadowolony, seria ze ślepej amunicji niezwłocznie postawiła wszystkich na nogi, teraz widział jak w pośpiechu zakładali swoje skórzane pancerze, przygotowywali broń i ścielili lóżka. Po trzech minutach odział był gotów do inspekcji.
Takie wystrzałowe pobudki były zmorą każdego kadeta, szczególnie na początku szkolenia, od czasu do czasu budzono ich w środku nocy w jakiś nietypowy sposób i wywożono na akcję. Najgorsze w tym wszystkim było to, że ich dwaj dowódcy Rick i Malone prześcigali się w wymyślaniu jak najgorszych sposobów aby to zrobić, i tak pewnego razu Malone namówił zaprzyjaźnionego Super Mutanta aby wpadł do sypialni i narobił jak najwięcej hałasu. Rekruci widząc po raz pierwszy na oczy takiego olbrzyma wpadli w taką panikę, że większość po prostu narobiła w gacie. Innym razem Rick zaprosił stado Szponów Śmierci które wtargnęły do pomieszczenia z przeraźliwym rykiem, poprzewracały wszystkie łóżka i rzuciły się na kadetów z woreczkami sztucznej krwi pod pazurami, kiedy szamotali się z ofiarami woreczki popękały, strugi krwi poleciały na kadetów siejąc niewyobrażalną panikę, część zemdlała na miejscu, część krzyczała o pomoc inni wrzeszczeli z bólu nie mając nawet zadrapania. Później na dodatek musieli sprzątać całe pomieszczenie, Szpony Śmierci mało nie popękały ze śmiechu, podobnie połowa bunkra. Tak, to było chyba najgorsze w całym szkoleniu.
Teraz szli korytarzem do autobusu w garażu, nie wiedząc co ich czeka.
- Dobra ładować się do środka, upewnić się, że wszyscy są i załadować broń!
Rekruci weszli do ciężkiego, pancernego autobusu i czekali aż zabierze ich na kolejne zadanie.
Do garażu weszli Rick, Sara i Mike, wsiedli do pojazdu i ruszyli na południe. W busie panowała swojska atmosfera, rekruci żartowali sobie z tych którzy na pobudce zrobili największe głupstwo a ich dowódcy siedzieli na przednich siedzeniach i rozmawiali.
- Co dokładnie mamy zrobić? - Mike zwrócił się do Sary
- Horda radskorpionów założyła sobie gniazdo w starej kopalni węgla, jest tam dużo długich korytarzy tworzących prawdziwy labirynt, gdzieś na najniższej kondygnacji jest duża pusta przestrzeń, to pewnie tam urzędują samice pilnujące jaj, najbezpieczniej chyba będzie wysadzić to pomieszczenie kiedy tylko je zlokalizujemy, mamy kilka ładunków wybuchowych w przydziale. Niestety droga tam będzie trudna, radskorpionów są tam pewnie dziesiątki, najlepiej będzie pojechać starą windą dla konserwatorów, powinna jeszcze działać gdyż obsługuje się ją ręcznie. Niestety nie wiemy ile jest tam tych skorpionów, wiadomo, że okoliczne wioski skarżą się od kilku miesięcy na porwania braminów, ostatnio jednak przybrały one znacznie na sile i bractwo zdecydowało się zareagować. Trop prowadzi właśnie do tej starej kopalni.
- Skąd masz takie dokładne dane na temat obiektu? - zaciekawił się Rick
- Okazało się, że w komputerach Krypty 0 znajdują się najróżniejsze plany przedwojennych obiektów, od zniszczonych już miast przez kopalnie, fabryki, magazyny do domów prywatnych, dostaliśmy dość szczegółowy plan tych tuneli.
- Świetnie, to będzie łatwa robota.
- W sam raz dla naszych podopiecznych - uśmiechnął się Mike odwracając się w kierunku siedzących za nim żołnierzy. Głośno wymieniali miedzy sobą poglądy na temat najnowszego zadania.
- Spokój! Mamy misję do wykonania.
Rekruci zaraz się uspokoili, wymieniali między sobą jednak spojrzenia świadczące dobitnie, że nie boją się niczego ani nikogo i leją na swoich przełożonych.
- Dobra żołnierzyki szykować się na akcję! - ogłosił Mike, patrząc na zegarek, za kilka minut będą na miejscu.
Kadeci natychmiast założyli pasy z magazynkami, kabury, pakowali plecaki i podnosili swoją broń, były to w większości karabinki MP5 albo Scorpion, kilka Shotgunów i Kałachów a także parę karabinów myśliwskich. Arsenał który z łatwością powinien sobie poradzić z hordą przerośniętych skorpionów.
- Za pięć minut wysiadamy! Macie obstawić teren wokół pojazdu, Sztylet, Mała i Dynamit zostają, reszta za mną! -Rick próbował przekrzyczeć warkot silnika, i chyba nawet to się mu udało.
- Dobra Sara idzie gdzieś w połowie formacji a Mike obstawia tyły, zrozumieliście!? - teraz zwracał się do swoich towarzyszy.
- Okey - odparła Sara.
- Sie rozumie - potwierdził Mike.
Rick tylko przytaknął głową, w oddali widział już cel ich podróży. Nagle Mike prowadzący pojazd gwałtownie skręcił, autobusem silnie zatrzęsło, co niektórzy kadeci pospadali z siedzeń.
- Co robisz!? - wrzasnęła Sara
- Coś było na drodze, próbowałem to ominąć ale się chyba nie udało, czekaj zaraz się zatrzymam i sprawdzę...
- Jedź dalej, to pewnie jakiś radskorpion - rozkazał dowódca.
Ostatnie kilkadziesiąt metrów upłynęło bez niespodzianek. Autem gwałtownie zarzuciło tylko przy hamowaniu bo Mike jak zwykle lubił się popisać.
- Wysiadać!!! Ale to JUŻ!! - Sara wrzasnęła do pasażerów. Ci natychmiast otworzyli tylne drzwi i szybko opuścili pojazd. Na zewnątrz część grupy utworzyła szyk obronny wokół samochodu. Brygada dowodząca wysiadła jako ostatnia.
- No pięknie Mike! Zobacz co narobiłeś! -Z wyrzutem Sara pokazała przyjacielowi przebitą oponę- Wiedziałam, że kiedyś te twoje popisy źle się dla nas skończą.
- Spokojnie, mamy przecież zapasowe koło, któryś z kadetów zostanie i zmieni oponę. Hej Stary ty już dość ostatnio strzelałeś, daj szansę innym. Ni bądź taki smutny jeszcze nie raz nadarzy się okazja - dodał widząc minę Starego.
- Dobra, wszystko jasne, za mną!! - Rick pomaszerował przodem w kierunku wylotu jaskini, za nim w dość zwartej grupie poszła reszta drużyny, w sumie 25 osób.
Kiedy cała grupa zniknęła w ciemnej pieczarze czterej pozostali rekruci zajęli się swoimi sprawami, trzech z nich miało stać na straży a czwarty miał za zadanie wymienić koło.
- Stary, chyba sobie dzisiaj nie postrzelasz, kółko trzeba wymienić - radośnie zagadała Mała, która zresztą wcale nie była taka mała.
- Tak, przez tego idiotę za kółkiem muszę przebywać w Twoim towarzystwie - z udawaną poważną miną odparł Stary.
- Dobrze, że kierowca tego nie słyszał, miał byś przechlapane do końca szkolenia - Sztylet włączył się do dyskusji.
- Szybko się uwinę i może zdążę jeszcze ich dogonić, kilka skorpionów nie dożyje świtu.
- Taaa... Zaraz potem dowódca pochowa cię razem z nimi za niesubordynację, kazano ci w końcu tu zostać nie? Wiesz, że w bractwie złamanie rozkazu jest bardzo poważnie traktowane - Mała szybko ostudziła zapał kolegi.
- Przecież nie kazano mi tutaj zostać, miałem wymienić koło i tyle, zobaczysz, nie przyczepią się.
- Nadzieja matką głupich...
Rick powoli szedł przez tunel, kilka metrów przed nim szła para zwiadowców, za nim szło kolejne 10 osób, później Sara, jeszcze kilku rekrutów i Mike. Wszyscy bacznie obserwowali tunel, szczególnie uważali na ziemię gdzie mogły się czaić radskorpiony. Na razie jednak nie spotkali żadnego pajęczaka.
- Ile do tej windy?! - Rick krzyknął do Sary.
- 15 metrów, cały czas prosto tym tunelem, zaraz zwiadowcy powinni do niej dojść!
- W porządku!
I rzeczywiście po kilku chwilach zwiadowcy zatrzymali się, przed nimi znajdowały się drzwi do windy. Jeden ze zwiadowców spróbował nacisnąć coś na panelu kontrolnym, w całym korytarzu zapaliły się światła. Wszyscy wyłączyli latarki którymi dotąd się posługiwano.
- Dlaczego działa prąd? - Mike podszedł do Sary
- Lampy w suficie są bardzo odporne na działanie czynników zewnętrznych, prąd pewnie pochodzi z baterii słonecznych. Czytałam, że wprowadzono takie rozwiązania na krótko przed wybuchem wojny, całkiem możliwe jest, że system ten ciągle działa. Zasilenie te obsługuje także windę. W głębszych częściach kopalni na pewno nie ma już prądu, tam zasilanie daje generator który na pewno nie działa.
- Dzięki za to przydługie wyjaśnienie.
- Żaden problem.
Tymczasem Rick podszedł do konsoli i nacisnął inny przycisk, winda stanęła otworem, nie obyło się wprawdzie bez okropnego zgrzytu ale wyglądało, że wszystko działa. Wnętrze windy było bardzo surowe, metalowe ściany, kratownica zamiast sufitu i płyta jako podłoga, z jednej ze ścian wystawała korba.
- Widzicie tę korbę? To ręczne sterowanie, na wypadek awarii można dzięki temu bezpiecznie opuścić szyb. Radziła bym właśnie tym się posłużyć, instalacja elektryczna jest pewnie w opłakanym stanie i w każdej chwili grozi katastrofą.
- Dobra, musimy wypróbować jakoś to urządzenie - dowódca podszedł do panelu i wcisną guzik najniższego poziomu, winda ze zgrzytem zaczęła zjeżdżać w dół - wygląda na to, że nic nam nie grozi - dodał patrząc na uciekającą windą.
Kiedy kabina dotarła na najniższy poziom Rick wcisnął guzik powrotu.
- Rozdzielamy się na dwie grupy, ja i pierwsze dziesięć osób z szyku jedziemy pierwsi, na resztę poczekamy na dole...
TRACH!!!!!! Ogłuszający zgrzyt przerwał wydawanie rozkazów, winda błyskawicznie spadła w dół roztrzaskując się na dnie szybu.
- Hmmm... - znacząco westchnął jeden z kadetów. U reszty pojawiły się na twarzach uśmieszki.
- Zamknij się Glock - piorunujący wzrok dowódcy natychmiast uspokoił kadetów - Saro jak inaczej dostać się na dół?
- Możemy skorzystać ze schodów, będzie nas to kosztowało sporo wysiłku ale chyba nie mamy innego wyjścia.
- Dobra, teraz ty prowadzisz. Idziemy!
Rekruci ruszyli w ślad za nowym przewodnikiem.
- Hej, Berta muszę wyjść za potrzebą, staraj się iść z tyłu. Odwrócisz uwagę Mike'a żeby nie zauważył mojego zniknięcia.
- Dobra Scope, tylko nie nasraj jakiemuś radskorpionowi na ogon.
- Bez obaw, będę na siebie uważał.
- Będę kolbą rysować ci drogę na ziemi, tylko się pośpiesz!
- Za 5 minut będę z powrotem.
Scope dyskretnie skrył się w cieniu za potężnym wspornikiem. Grupa ruszyła w drogę i wkrótce zniknęła mu z oczu. Chłopak podszedł do większej szczeliny w ścianie korytarza i zdjął ochraniacze na nogi a następnie spodnie, kiedy załatwił już potrzeby fizjologiczne szybko się ubrał i ruszył wolnym krokiem za kompanami. Nagle coś usłyszał, szybko odwrócił się w stronę skąd docierał dźwięk i zobaczył turlający się kamień. Uspokojony tym widokiem ruszył w dalszą wędrówkę. Nagle znowu przystanął, zdawało mu się, że jakiś cień za nim się poruszył, sięgnął po MP5 i błyskawicznie obrócił się na pięcie szukając karabinkiem celu. Nic jednak nie spostrzegł.
- Masz dzisiaj jakieś omamy, to pewnie wina tej cholernej pobudki w środku nocy- powiedział do siebie chcąc uspokoić nerwy. Z odbezpieczoną bronią w rękach ponownie ruszył w drogę. Na jakimś skrzyżowaniu które wcześniej minęli zobaczył w podłożu wyraźną bruzdę. To na pewno sprawka Berty- pomyślał uśmiechając się lekko. Ruszył za znakiem. Idąc nowym korytarzem znowu coś usłyszał, były to jakieś delikatne stąpnięcia, wiedział, że ktoś lub coś je wydające jest za nim. Powoli podniósł karabinek, gotowy w każdej chwili obrócić się i posłać serię w prześladowcę. Szedł tak kilka metrów cały czas wsłuchując się w odgłos, kroki zdawały się zbliżać, nie czekając chwili błyskawicznie w podskoku obrócił się szukając celu. W ułamku sekundy znalazł prześladowcę, był uwieszony na suficie. Miał bardzo długą i wąską głowę oraz był cały czarny... Nagle rozmyślania na temat potwora przerwał mu okropny bul, bestia w mgnieniu oka zeskoczyła na ziemię i wbiła mu cienki, dziwny ogon prosto w brzuch. Scope zdążył tylko spojrzeć w dół i ujrzeć wnętrzności wylewające się na ziemię w potokach krwi, przez dziurę skąd błyskawicznie wysunął się ogon, potem jego świadomość przestała działać....
- To wejście na klatkę schodową - zakomunikowała dowódcy Sara. Stali przed framugą wmurowaną w ścianę w poprzek tunelu. Drzwi leżały obok, były połamane na kawałki, nie oparł się nawet masywny zamek- Tedy dostaniemy się na każdy poziom kopalni.
- Świetnie! Ruszamy, nie ma chwili do stracenia - Rick jako pierwszy wszedł na schody, za nim ruszyła reszta grupy. Schody były wąskie i strome, pochód więc nie szedł zbyt szybko.
- Jasna cholera!- Staremu po raz kolejny klucz ześlizgnął się ze śruby, nic dziwnego miały tak starte lepki, że cud, że w ogóle chciały się wkręcać - Te pieprzone śruby pamiętają chyba czasy sprzed wojny! I to długo sprzed wojny.
Stary dokręcał właśnie ostatnią śrubę w nowym kole. Nie szło to jednak zbyt łatwo.
- Nie denerwuj się, pomyśl lepiej co by było gdyby łebki były całkiem okrągłe - ze śmiechem wycedziła Mała.
- Ha, ha, ha! Ale śmieszne, wsadź sobie te złote rady w dupę - odparł ze złością.
- Lepiej przyzwyczajaj się do tego rodzaju prac, z takim charakterkiem raczej daleko nie zajdziesz.
Stary zacisnął tylko zęby, przesadził trochę i nie chciał teraz psuć do reszty nadszarpniętych stosunków z Małą, lepiej jej nie prowokować, była w końcu od niego wyższa i lepiej zbudowana.
- Hej! Widziałem coś! - krzyknął do towarzyszy Dynamit siedzący na masce - Tam przed nami, coś szybko przebiegło! Włączcie światła.
Sztylety który siedział akurat w szoferce zapalił wszystkie reflektory pojazdu. Ciemna przestrzeń przed autobusem rozświetliła się jaskrawym i szerokim strumieniem. Nic jednak nie zauważyli.
- Może ci się wydawało? - zagadnęła Mała.
- Nie, jestem pewien, że coś widziałem - nie dawał za wygraną Dynamit.
Przez dłuższą chwilę wszyscy próbowali przebić wzrokiem okolicę, nic jednak nie zauważyli.
- To pewnie jakiś karaluch albo inne ustrojstwo, nie ma się czym przejmować - Mała lekceważąco machnęła ręką i przeszła na tył pojazdu aby obserwować okolicę. Sztylet zgasił światła.
- Przejdę się kilka metrów wkoło wozu.
- Tylko nie znikaj nam z pola widzenia.
- Spoko.
Dynamit przeszedł na tył pojazdu wziąć AK-47, dwa magazynki i granat. Z tym sprzętem przeszedł przed maskę a następnie odwrócił się aby pozostawić na masce jeszcze jeden magazynek. Tak na wszelki wypadek miał w zwyczaju pozostawiać trochę amunicji w miejscu gdzie w razie czego miał plan się ukryć, żaden regulamin tego nie uczył, po prostu taki wymyślił sobie środek bezpieczeństwa.
- Sztylet, włącz reflektory - rzucił powoli odwracając się w kierunku pustyni.
- Się robi - szofer sięgnął do włącznika.
W tej samej chwili Dynamit zauważył kątem oka pędzący mu na spotkanie czarny jak noc kształt, instynktownie wycelował karabin ale kiedy już miał nacisnąć spust stworzenie odbiło się wysoko w powietrze co go zdezorientowało na chwilę. Kiedy już wycelował w lecący obiekt zapaliły się światła ukazując opływowy kształt z wielką, podłużną głową, silnymi ramionami i olbrzymimi pazurami na ich końcach. W panice nacisnął spust, kule najwidoczniej dosięgły potwora gdyż w powietrzu zadygotało jego ciałem, nie zdążył jednak potwierdzić tego gdyż bestia stała już przed nim, zobaczył tylko końcówkę dziwnego ogona pędząca na spotkanie z jego głową. Sztylet na odgłos wystrzału błyskawicznie podniósł głowę, pierwszym co zauważył była spora plama krwi na szybie, później dopiero spostrzegł wielkiego potwora stojącego przed maską. Błyskawicznie schylił się po MP5 leżące na drugim siedzeniu, kiedy spojrzał ponownie przed maskę stwora już nie było. Poczuł nagle ciepły oddech bestii na lewym policzku, odwrócił powoli głowę, ujrzał szeroko rozdziawione szczęki z których wystawała mniejsza paszcza. Jeszcze nigdy nie widział czegoś tak przerażającego i ohydnego zarazem. Myśl przerwał mu błyskawiczny ruch małej szczęki w kierunku jego czoła...
Mała tymczasem poderwała dwururkę i wypadła zza rogu pojazdu, jej oczom ukazała się potworna bestia zabijająca właśnie jej kompana, bez namysłu wycelowała broń i wypaliła z dwóch rur naraz. Tak silny strzał natychmiast powalił przeciwnika, jego ciało zwijało się jeszcze prze z chwilę w pośmiertnych drgawkach na ziemi. Mała podeszła i wypaliła jeszcze raz w kierunku ciała z Beretty. Dopiero teraz miała pewność co do zgonu ofiary. Rozejrzała się wokół, najpierw zobaczyła ciało Sztyleta, pół jego czaszki było porozrzucanych po szoferce. Dalej okrążyła ciało potwora i ujrzała Dynamita, ten z kolei w ogóle nie miał głowy, oprócz kilku fragmentów mózgu na masce i fragmentów czaszki cały czas z pozostałego kikuta szyi sączyła się krew. Tego było już za dużo, nawet jak na nią, odeszła trochę od pobojowiska i zwymiotowała. Czuła się okropnie, jej ciałem wstrząsały dziwne drgawki była w kompletnym szoku. Nie lepiej zachował się Stary, wprawdzie nie wymiotował ale był blady jak ściana i kompletnie nic nie robił, po prostu stał przed ciałem Dynamita i patrzył się pustym wzrokiem na jego szczątki.
Brygada dowodzona przez Ricka dotarła wreszcie do najniższej kondygnacji, większość drzwi po drodze było pozamykanych na trzy spusty, co niektóre były otwarte a jeszcze innych wcale nie było. Te przed którymi się znajdowali były zamknięte.
- Odsunąć się, przestrzelę zamek - rozkazał dowódca.
Dopiero trzeci strzał odblokował drzwi, te otworzone kopniakiem z hukiem walnęły o ścianę. Rick jako pierwszy wszedł do ciemnego korytarza, będąc w środku zapalił latarkę specjalnie przyczepioną do nadgarstka, kierowała zawsze światło tam gdzie celował swojego Miniguna. Korytarz był jednak kompletnie pusty, spodziewał się raczej hordy radskorpionów, no nic, dalej na pewno natkniemy się na te ustrojstwa.
- Czysto, broń w dłoń i do dzieła, zwiadowcy na przedzie, za nimi trzech w odstępie dwóch metrów, dalej jeszcze dwóch i Ja, za mną czwórka z myśliwkami, później jeszcze dwóch, za nimi Sara w towarzystwie kolejnych dwóch osób. Reszta trójkami za nią, Mike zamyka szyk. Ci z przodu niech pamiętają żeby w razie czego móc szybko wycofać się za mnie, w razie przewagi przeciwnika wyciągam Mściciela, chyba nie chcieli byście być na linii strzału co? Ludzie za Sarą obstawiają tyły. Kiedy znajdziemy się w głównym gnieździe rozdzielamy się na grupki po cztery osoby i strzelamy do wszystkiego co się rusza, zrozumiano! I bez bohaterstwa, muszę was wszystkich odstawić do bazy w jednym kawałku.
- Sir, przepraszam, że przeszkadzam ale mamy chyba kłopot - z lękiem zwróciła się do Ricka niewysoka, dobrze zbudowana kobieta z shotgunem w ręku.
- O co chodzi? Tylko się streszczaj, nie mamy czasu na pogaduszki.
- Jeszcze na górze, Scope poszedł się załatwić w jakieś spokojne miejsce, miał do nas dołączyć jakieś 15 minut temu ale ciągle go nie ma, rysowałam mu na ziemi drogę kolbą od broni ale obawiam się, że zabłądził - z lękiem wycedziła Berta.
- No tak, jakiemuś idiocie radskorpion wbił się w tyłek a Ja mam go teraz szukać! Niech ja tylko dorwę tego tępego sukinsyna to do końca szkolenia nie wyjdzie z karcelu! wycieczkę sobie zrobił! - Rick wybuchł złością, Berta zaczęła szlochać pod nosem.
- Dobra, Ja się tym zajmę, wezmę 3 chłopaków i znajdziemy go - Mike ofiarował swoją pomoc.
- Dobrze, i tak nie mamy innego wyjścia, ruszajcie natychmiast! Może zdążycie jeszcze sobie trochę postrzelać.
- Rozkaz! Dobra Berta, Stereo i Ogon za mną.
Mike w towarzystwie kadetów skierował się żwawym krokiem w kierunku schodów. Reszta grupy ruszyła naprzód. Rick zawiesił sobie Miniguna na ramieniu w specjalnym nosidle, dzięki temu w miarę szybko mógł go dobyć a jednocześnie nie krępował ruchów. Z kabury u paska wyciągnął za to P226. Pochód zatrzymał się, zwiadowcy natknęli się na ciało radskorpiona, był cały wybebeszony, pozostał tylko pancerz.
- Dziwne, ciekawe kto go zabił - Sara postanowiła bliżej przyjrzeć się znalezisku - Leży tu już od dawna, może zdechł z głodu. Hmm...
- Nie mamy czasu na takie bzdety, ruszamy! - Rick ostudził zapał dziewczyny.
Za zakrętem grupa znowu stanęła, pod denerwowany Rick przeszedł do zwiadowców domagać się wyjaśnień, wychodząc zza rogu stanął jak wryty. Ściany, sufit i podłogę oblepiała jakaś dziwna rzecz, przypominało to trochę pancerze radskorpionów, skórę albo roślinę.
- Co to jest do cholery - powiedział półgłosem.
- Jakaś organiczna struktura, może zmutowany grzyb - Fachowo odpowiedziała Sara wycinając jednocześnie fragment tego czegoś i wkładając do kieszeni.
- To się staje coraz dziwniejsze, najpierw ciało tego pajęczaka teraz jakiś radioaktywny grzyb. Musimy zachować maksymalną czujność.
Rick spojrzał po twarzach kadetów, rysowało się na nich przerażenie.
- Żaden przerośnięty grzyb nas nie powstrzyma! - Głośno powiedział, upewniając się, że wszyscy usłyszeli.
Grupka znowu ruszyła, szli wolniej i jeszcze uważniej patrzyli pod nogi.
Mała ostrożnie podeszła do trupa stworzenia, okrążyła je ze wszystkich stron i trąciła łomem, ze zdziwieniem spostrzegła unoszący się z niego dym.
- Kurwa mać, to cholerstwo ma chyba kwas zamiast krwi.
- Co? Co! - Zareagował skamieniały dotychczas Stary.
- Zobacz co się stało z łomem - wystawiła rękę w jego stronę, końcówka łomu stopiła się - Na karoserii są też wypalone miejsca, pewnie kiedy do niego strzeliłam bryznęło tym gównem.- dodała przyglądając się drzwiom i zewnętrznym blachom autobusu.
- Jeszcze nigdy czegoś podobnego nie widziałem, a Ty? Szpon Śmierci to przy tym rozkoszny bobasek.
- Skąd To się wzięło, to chyba nie jakaś mutacja, w ogóle nie przypomina żadnego ze znanych mi zwierząt. Gdzie TO ma oczy? - Mała nachyliła się nad ciałem.
- A jeżeli tego jest więcej? Lada chwila mogła przyjść jego koledzy! Nie mieli byśmy żadnych szans. Lepiej stąd spieprzajmy póki jeszcze mamy szansę.- Stary wszedł szybko do szoferki i już miał złapać za kluczyki kiedy towarzyszka złapała go mocno za ramię.
- Stój! Co ty robisz, nie możemy uciec! Za dezercję od razu czeka nas śmierć - powiedziała zdenerwowanym głosem coraz mocniej ściskając mu ramię - W kopalni może być ich więcej, musimy ostrzec resztę!
- Ty sobie rób co chcesz, ja nie mam zamiaru zginąć!
Mała nie słuchała, otworzyła drzwi i wyciągnęła siłą przyjaciela, następnie wymierzyła dość silny cios pięścią w jego twarz.
- Co robisz?!! Odbiło ci!! - Stary z oburzeniem zwrócił się do agresora.
- Pomożesz mi ich ostrzec czy mam zabić cię na miejscu!
- Nie zrobiła byś tego... - zamilkł gdyż dwururka powędrowała w górę, lufy były wycelowane w jego tors - No dobrze, już dobrze, pomogę ci.
- To rozumiem. Łap za radio i spróbuj skontaktować się z naszymi. Ja posprzątam zwłoki, musimy ich pochować.
- Może weźmiemy ciało tego czegoś?
- Żeby ten kwas przeżarł nam karoserię na wylot? Nie kombinuj tylko zabieraj się do roboty.
Stary obszedł wóz i wsiadł z drugiej strony, radiostacja była wbudowana za fotelem kierowcy w niewielkiej szafce.
- Halo! Halo! Tu auto, czy ktoś mnie słyszy? Odbiór, niech ktoś się odezwie, mamy tu kłopoty - odczekał chwilę jednak nikt się nie zgłosił - słuchaj Mała, pewnie są za głęboko, pod ziemią nigdy nie odbiorą naszego sygnału.
- Próbuj dalej! - wycedziła dziewczyna zawijając ciało Dynamita w foliowy worek.
- Halo! Halo!...
Grupa Mike'a doszła już prawie na szczyt schodów. W pewnym momencie ożyło radio u paska dowódcy.
- Tu Mike! - powiedział przystawiając sobie urządzenie do twarzy - O co chodzi? Tylko szybko, nie mamy czasu na pogaduszki.
- Eeee... tu Stary, mamy pewne problemy.
- Streszczajcie się żołnierzu!
- No cóż, Dynamit i Sztylet nie żyją...
- Że co!! Możesz to powtórzyć?! - ze zdziwieniem odebrał wiadomość - Jeżeli ktoś sobie jaja robi to będzie miał do czynienia ze mną!
- Oni NAPRAWDĘ nie żyją, zabiła ich jakaś bestia bez oczu i z kwasem zamiast krwi...
- Co piłeś szeregowy! Jeżeli zaraz nie przestaniecie mi tu takich bajek opowiadać to masz załatwiony karcer na cały miesiąc!! - Mike wyraźnie nie miał nastrojów do głupich żartów.
- On mówi prawdę szefie! - wtrąciła się przez radio Mała - Właśnie sprzątam ciała. To coś zaatakowało błyskawicznie, miałam szczęście, że go zabiłam.
- Czy wy dobrze się czujecie!! - po chwili zastanowienia jednak dowódca obniżył ton, w końcu mogła to być jakaś nowa mutacja albo coś takiego - Dobrze, jesteśmy niedaleko, zajrzymy do was.
- Musimy natychmiast uciekać, jeżeli tego jest więcej nie mieli byśmy żadnych szans.
- Bez obaw, Rick i większość ludzi właśnie idzie zniszczyć gniazdo. Kiedy tylko skończą wszyscy wrócimy do bunkra.
- Pan nie rozumie, to coś w ciągu kilku sekund zabiło jednych z lepszych rekrutów, gdyby nie szczęście my także byśmy zginęli. To nie są żarty, musimy jak najszybciej opuścić to miejsce.
- A nawet jeżeli tak to co?! W przeszłości mieliśmy już do czynienia z Super Mutantami, Szponami Śmierci czy armią robotów, wątpię abyśmy tym razem sobie nie poradzili.
- To zupełnie co innego, proszę mi wierzyć, musimy natychmiast się stąd zmywać.
- Zrozumiałem, bez odbioru - Mike szybko przerwał połączenie, postanowił wysłać kogoś do głównej grupy, nie chciał narażać kadetów.
- Ogon, pójdziesz na dół i powiesz, że musimy natychmiast wrócić do bazy.
- Coś się stało?
- Tak, coś się stało, ruszaj w drogę.
Pozostała trójka przez chwilę jeszcze stała w miejscu, zaraz jednak ruszyli szukać zaginionego.
- Co za nadęte bufony!! Myśli taki, że zabił w życiu kilku bandytów i jest niepokonany! Zlekceważył nasze ostrzeżenie! - Mała była rozwścieczona rozmową.
- Teraz możemy z czystym sumieniem stąd odjechać...
- Nie ma mowy, zabarykadujemy się tu i poczekamy na nich. Damy im jakieś pół godziny, jeżeli nie odpowiedzą na nasze sygnały po tym terminie odjeżdżamy.
- Do tego czasu wszyscy będą już gryźć ziemię.
- Może... Musimy jednak poczekać.
Tymczasem główne siły nadal podążały dziwnym korytarzem w stronę gniazda. Marsz przebiegał jak dotąd bez niespodzianek. Jeden z dwóch żołnierzy zamykających formację sięgnął po papierosa, wsadził go sobie do ust i zapalił wyjętą wcześniej zapalniczką. Zaciągną się i dmuchnął dymem przed siebie, na ustach pojawił mu się uśmiech. Nagle usłyszał za sobą głośne tupnięcie, odruchowo złapał za shotguna ale nie zdążył się już obrócić, cienki czarny ogon przebił go na wylot łamiąc kręgi i rozrywając brzuch z którego chlapnęła krew. Papieros wypadł mu z ust prosto na wylewające się wnętrzności, zakrztusił się własną krwią a wskutek dziwnego odruchu nacisnął na spust, dziesiątki metalowych kulek przeszyły idącego przed nim kadeta. Jednocześnie ogon cofnął się pozwalając ciału bezwładnie opaść, kompan pierwszej ofiary już miał nacisnąć na spust kiedy potężne ramię uzbrojone w pazury niemal przecięło go wpół. Wszędzie była krew, żołnierz z przerażeniem spojrzał na ślady tkanki na cofającej się ręce, powoli oczy zaszły mu mgłą. To ciało również bezwładnie opadło. Reszta drużyny zdążyła już obrócić się i zacząć strzelać, serie z MP5, Scorpionów i Shotgunów dosięgły napastnika kiedy już szykował się do zabicia kolejnej ofiary, kwas z jego ran chlapnął na najbliżej stających ludzi. Zaczęli przeraźliwie wrzeszczeć i ściągać z siebie zachlapane części pancerza.
Tymczasem jeden ze zwiadowców zauważył przed sobą ruch, po chwili rozpoznał dziwne sylwetki pełzające w ich kierunku po ścianach i suficie. Bez namysłu wycelował z Kałacha i posłał jednego z nich do piachu. To jednak za mało, w ich kierunku zmierzał co najmniej tuzin potworów.
- Wycofać się!!! - Rick z zimną krwią przeszedł na przód pochodu mając w rękach gotowego do pracy Miniguna.
Wszyscy cofnęli się za niego. Po chwili lufy zaczęły wydawać z siebie morderczy odgłos a dziesiątki kul poleciały w kierunku stworów. Dało to jednak krótkotrwały efekt, kilku napastników zostało zabitych jednak chmara cały czas parła naprzód, potworów tylko przybywało.
- Odwrót!!! Uciekamy!!! Będę was osłaniał!!! Sara ty idź przodem!!! - próbował przekrzyczeć ogłuszający ryk działka i wyjących z bólu rekrutów.
Cała grupa na komendę zaczęła biec, Rick co kilka metrów przystawał i puszczał krótką serię. Podobnie robili zwiadowcy biegnący obok niego.
Ogon szybko schodził po schodach mijając kolejne poziomy, nagle zatrzymał się, gdyż na poziomie poniżej na klatkę wytoczyła się jakaś stara butelka. Zaciekawiony podszedł do niej a następnie spojrzał w kierunku wyjścia na poziom 4C, nie było drzwi. Zapalił więc latarkę i wszedł ostrożnie do nowego korytarza. Powoli posuwając się naprzód zauważył przed sobą coś dziwnego. Na końcu korytarza, przez kolejne wywarzone drzwi zauważył okrągły przedmiot leżący na ziemi. Podszedł bliżej, wkroczył do dość obszernego pomieszczenia, był to chyba jakiś magazyn bo wszędzie stały skrzynie. Najciekawsze były jednak wszędzie poustawiane okrągłe przedmioty. Ogon podszedł do jednego z nich aby lepiej się przyjrzeć, było to coś na kształt jaja. Miało nierówną, guzkowatą powierzchnię i było czymś przytwierdzone do podłoża. Kiedy podszedł jeszcze bliżej niespodziewanie jajo otwarło się u góry. Już miał spojrzeć co jest w środku kiedy jego uwagę odwrócił syczący odgłos za nim, obrócił się i skierował latarkę na źródło dźwięku. Stało przed nim olbrzymie stworzenie o podłużnej głowie, patykowatych kończynach i cienkim ogonie. Stwór powoli obrócił głowę w jego stronę i otworzył paszczę, na widok jeszcze jednej gęby w środku Ogon mało co nie zwrócił kolacji. Nogi trzęsły mu się ze strachu, mimowolnie podsłuchał część rozmowy Mike'a z samochodem i wiedział mniej więcej z czym ma do czynienia. Powstrzymał odruch sięgnięcia po broń, zamiast tego postanowił uciec. Błyskawicznie obrócił się na pięcie i już miał dać nura pomiędzy jaja kiedy dostrzegł skaczące mu na twarz dziwne stworzenie przypominające pająka...
- Co tu się stało do jasnej cholery! - Mike niepokojąco spoglądał na sporą plamę krwi na chodniku, żadnego ciała, tylko krew.
- Świeża - stwierdził Stereo.
- Tam dalej są inne plamy krwi, może jest ranny? - Berta z nadzieją w głosie pokazała plamy krwi oddalone od siebie o kilkanaście centymetrów, prowadziły za róg.
- Idziemy to sprawdzić - oznajmił ich dowódca.
Ruszyli za śladem bacznie obserwując otoczenie. Kiedy wyszli zza rogu zauważyli zaschniętą stróżkę krwi wychodzącą z otworu wentylacyjnego.
- Zaraz to sprawdzę - Stereo podszedł do otworu, włączył latarkę i wspiął się na palce aby zajrzeć do środka. Już miał ją zapalić kiedy wyślizgnęła mu się z ręki - Nic tu chyba nie ma, zaraz się upewnię- dodał schylając się po przedmiot. Kiedy wreszcie zaświecił latarkę i zajrzał do szybu nic nie zobaczył. Stróżka krwi ciągnęła się do zakrętu, ze dwa metry od niego.
- Nic z tego nie rozumiem, może chciał się tu ukryć przed czymś co go zraniło?- stwierdził spoglądając na szefa - Albo... Nie dokończył gdyż malutka paszcza przebiła mu głowę na wylot. Duża szczęka następnie zacisnęła się i urwała ją całkowicie.
- Kurwa mać!! - Mike na widok głowy potwora i śmierci kadeta natychmiast złapał za swojego H&K Claws i strzelił w kierunku otworu, bestii już tam jednak nie było.
- Szefie! Za nami!! - Berta wskazała shotgunem na dwóch kolejnych przeciwników.
Zaraz oboje naraz wypalili, niestety zdołali tylko lekko zranić jednego z nich, spryciarze błyskawicznie podskoczyli i zaczęli biec do nich po suficie.
- Nie ma czasu! W nogi!!
Oboje ruszyli z szybkością błyskawicy, strach dodawał im sił, Berta spojrzała jeszcze tylko na chwilę za siebie aby stwierdzić, że trzeci stwór wyszedł z kanału wentylacyjnego i dołączył do kompanów. Uciekali co sił w nogach jakimś nieznanym korytarzem.
Sara jako pierwsza wpadła na klatkę schodową i przeskakując po dwa stopnie ruszyła w górę, zaraz za nią biegli kadeci. Kiedy Rick wreszcie dotarł do schodów zatrzymał się na dłuższą chwilę i wystrzelił resztę pocisków. Porzucił Mściciela i czym prędzej pognał za resztą. Po drodze pozbył się części opancerzenia, wyrzucił naramienniki i ochraniacze na przedramiona. Wchodząc coraz wyżej zauważył bestie, dotarły już do klatki i zaczęły wspinać się po schodach, szło im to dosyć łatwo. Nagle wpadł na Sarę.
- Co tu robisz?! Miałaś być na początku! - Wrzasnął.
- Mam dla nich małą niespodziankę - odparła wyciągając 3 granaty rozpryskowe.- zobaczysz jak się ucieszą.
Rick nic nie odpowiedział, tylko się uśmiechnął, poczekał chwilę aż zrobi swoje i razem ruszyli w przerwaną wspinaczkę. Od reszty grupy dzieliły ich 2 poziomy.
Pierwszy kadet jak strzała ominął kolejny poziom, na następnym jednak nie zauważył leżącej na posadzce butelki i upadł boleśnie uderzając się w kolano. Próbując się podnieść usłyszał huk wybuchających granatów, jednak jego uwagę przykuło coś innego, kątem oka zauważył pędzący od strony drzwi czarny kształt. Przed oczami przeleciało mu cale życie, sekundy zdawały się trwać całą wieczność. Dokładnie widział jak bestia podskakuje i leci mu na spotkanie z wyciągniętymi pazurami. Przez chwilę nawet podziwiał płynne ruchy i grację z jaką potwór się poruszał, rozmyślenia przerwały mu pazury rozszarpujące mu ciało. Żył jeszcze przez chwilę widząc jak potwór zabija biegnącego za nim kompana przy pomocy silnego i szybkiego ogona. Biedaczek, cios przeszedł chyba przez serce, łamiąc żebra i wiercąc płuco... Kolejny kadet widząc śmierć dwóch kolegów chwycił za Scorpiona i puścił serię, o ile nie była ona zbyt celna i zaledwie zraniła potwora o tyle jego krew dostała mu się do oczu. Nieznośny świdrujący bul przeszył jego głowę kiedy kwas powoli wżynał się w kolejne części czaszki, w końcu dotarł do mózgu i skrócił trwające chyba wieki dla ofiary męki. Napastnik zdołał zabić jeszcze dwie osoby kiedy w końcu któryś kadet celnie wypalił z shotguna. Rick i Sara ominęli krwawe pobojowisko, 5 ofiar. Cholera zostało ich, właśnie ilu? to pytanie nagle pojawiło się w głowie dowódcy. Kilka ofiar w tunelu, teraz pięć, powinno być ich co najmniej dziesięcioro. Nie pora teraz na to, najważniejsza aby się stąd wydostać.
Nareszcie! Przemknęło Sarze przez głowę kiedy wreszcie opuścili klatkę schodową, teraz już prosta droga na górę, do autobusu. Właśnie przydało by się zawiadomić straż, że muszą szybko uciec z tego miejsca. O ile oczywiście jeszcze żyją. Sięgnęła po radiostację i wywołała auto.
- Tak, czekamy tu na was. Kiedy będziecie? - Mała odebrała sygnał
- Za minutę, może dwie. Ścigają nas te pieprzone stwory. Zaskoczyły nas w tunelu tuż obok gniazda - dość niewyraźnie przekazała im ich położenie - Co z grupa Mike'a - Dodała tchnięta dziwnym przeczuciem.
- Nie wiemy, kazaliśmy im powiadomić was o niebezpieczeństwie, powiedzieli, że wpadną do nas sprawdzić co się stało. Zaatakował nas jeden z nich, Dynamit i Sztylet zginęli na miejscu. Nie pojawili się - odpowiedziała zasmucona.
- Pewnie nie żyją, spróbuję ich wywołać. Ty tymczasem zapuść silnik i czekaj na nas.
- Rozkaz.
Sara przerwała połączenia a następnie zaczęła wywoływać Mike'a, nikt się nie zgłaszał.
Berta i Mike pędzili cały czas przed siebie, w końcu dotarli do szerokiego chodnika górniczego prowadzącego prawdopodobnie na powierzchnię. W międzyczasie, wskutek morderczego biegu pogubili większość wyposażenia i wystrzelali większość amunicji. Śrut nie poszedł na szczęście na marne, jeden z prześladowców gryzł już piach. Nagle wypadli na otwartą przestrzeń, na lewo był zrujnowany budynek, wszędzie stały maszyny górnicze, wózki, koparki, ładowarki i ciężarówki. Cały sprzęt był w opłakanym stanie i nie dało się go do niczego wykorzystać.
- Stój!! - krzyknął do Berty która skierowała się w stronę budynku.
- Osobo mamy większe szanse - zdążyła odkrzyknąć zanim zniknęła w drzwiach.
Mike skierował się w stronę dalekich zabudowań do których prowadziły szyny kolejowe, budynki stały w odległości około kilometra.
Berta przebiegła kolejny korytarz, po drodze sprawdzając każde drzwi, wszystkie były jednak jakimś cudem pozamykane, kiedy w końcu trafiła na otwarte wpadła do niewielkiego pokoju. Na środku stało biurko, pod ścianą stały szafki. Przewróciła biurko na bok i przykucnęła za nim kierując broń w stronę drzwi. Jeżeli coś będzie chciało je przekroczyć wpakuje mu kilka funtów śrutu w dupę. Na razie jednak nic nie słyszała, serce powoli się uspokajało a puls wracał do normalnego stanu. Może wycofały się? Przemknęło jej przez myśl. Nagle drzwi wyleciały z zawiasów z ogromnym impetem i staną w nich potwór. Bez cienia zastanowienia wpakowała w niego cały magazynek. Bestia padła martwa jednak Berta musiała przeładować, a pojawił się następny przeciwnik. Szybka ocena sytuacji. Okno! Po prawej stronie znajdowało się okno, była na parterze więc nie miała się czego obawiać, szybko stanęła na równe nogi i osłaniając się bronią wyskoczyła tłukąc szybę. Szybko wstała po dość twardym lądowaniu i pobiegła w stronę kilku ciężarówek. Schowała się za jedną z nich i zaczęła obserwować okolicę w międzyczasie ładując strzelbę. Nic jednak nie zauważyła, żadnego ruchu, żadnego dźwięku, nic. Cofnęła się za przednie koło tak aby z daleka nie było jej widać. Zaczęła znowu obserwacje. Nic, kompletnie nic. Powoli wyprostowała się. Nagle ogarnęło ją dziwne chłodne uczucie, gdzieś w pobliżu był jeden z nich. Cofnęła się o krok i wtedy go zauważyła, siedział pomiędzy kabiną a naczepą, czekał na tę chwilę. Lubił zabijać z zaskoczenia swoje przerażone ofiary. Wiedziała, że ucieczka jest daremna, nie mogła jednak pogodzić się z losem. Potwór otworzył paszczę pokazując cały garnitur zębów, z gęby ciekła mu ślina. Zaraz Berta spotka się z stwórcą, nie miała jednak ochoty ginąć jak tchórz, poderwała w jednej chwili shotguna do góry. On był jednak szybszy, wykonując błyskawiczny ruch ogonem przebił Ją dokładnie pośrodku torsu, łamiąc mostek i kręgosłup, uszkadzając organy. W krótkiej chwili przed śmiercią patrzyła się prosto na Niego, nie wykonał najmniejszego ruchu, głowę miał skierowaną w jej kierunku, jednak nie było można stwierdzić czy na nią patrzy, gdyż nie miał oczu. W tym momencie chciała tylko nacisnąć na spust i posłać tego drania na tamten świat, nie mogła jednak tego zrobić, mięśnie odmawiały jej posłuszeństwa. Nie było dane umrzeć jej z jakąkolwiek szansą na ratunek czy chociażby zemstę, była kompletnie bezradna. To było chyba najgorsze uczucie w jej życiu. Bezradność. Nie chciała tak umierać. Pragnęła ostatniej choćby najmniejszej szansy. Bezradność w takiej chwili to najgorsza kara. W tym momencie ogon wysunął się z jej ciała. Upadła. Widziała nad sobą rozgwieżdżoną kopułę nocy. Tak, ten stwór nie mógł pochodzić z Ziemi, przybył z gwiazd, gdzieś stamtąd. Był Obcym.
To była jej ostatnia myśl.
- Są! - wykrzyknął z podnieceniem Stary. Mała już otworzyła tylne wejście. Cztery postacie wskoczyły do pojazdu. Byli cali mokrzy, od potu albo krwi kolegów którym się nie powiodło.
Kiedy tylko wszyscy wsiedli z tunelu wybiegł Rick wraz z Sarą. Jak burza wpadli do autobusu.
- Ruszaj, są tuż za nami - szybko powiedział zadyszany.
- A co z Mikiem? - Mała szybko zapytała.
- Na pewno nie żyje, inaczej już dawno by tutaj był. A jeżeli my się stąd nie wyniesiemy podzielimy Jego los, zrozumiano!
Nie musiała odpowiadać, auto ruszyło. Rick tymczasem obejrzał się na tunel, wybiegło z niego czterech Obcych. Nie dogonili jednak pojazdu, widział jak z powrotem chowają się w tunelu.
- Jesteśmy bezpieczni- stwierdziła Sara tuż nad jego uchem.
- Jeżeli nie wytępimy tego cholerstwa nie będziemy mogli czuć się bezpiecznie.
- Na razie nic nam nie grozi, dowództwo wyśle tu jakiś oddział specjalny który pozbędzie się tych paskudztw.
- Dla czego do jasnej cholery nie wiedzieli nic o tych stworzeniach?! Możesz mi to wytłumaczyć?
- Mogły się pojawić niedawno, dane wywiadu są dość stare.
- Nie wierzę w to.
- Dopatrujesz się zdrady? Takie bezpodstawne zarzuty mogą cię narazić.
- Zdobędę jakoś dowody, jestem prawie pewien, że wrobiono nas w tę misję.
- Pomyślimy o tym w bazie, na razie odpocznijmy, mieliśmy ciężką noc.
- Tak, odpocznijmy...
Rick rozejrzał się po wozie, z kopalni wyszło tylko czterech kadetów! Boże, weszło ich tam koło dwudziestki! W czasie ataku nie zwracał na takie rzeczy uwagi, większość musiała zginąć w czasie ataku przy gnieździe. Nie można także zapomnieć o Mike'u - był dobrym żołnierzem i przyjacielem. Ktokolwiek za to odpowiada zapłaci mi za to! Z wściekłością i chęcią zemsty pomyślał Rick.
Mike biegł przez całkiem otwarty teren, wokół niego panowała nieprzenikniona ciemność, specjalnie wyłączył latarkę aby nie zobaczyli go z daleka. Zaryzykował szybkie spojrzenie do tyłu nic jednak nie zauważył. Zatrzymał się i postanowił nieco poobserwować okolicę, w otwartej przestrzeni miał chyba większe szanse na przeżycie. tak przynajmniej mu się wydawało. Bał się użyć latarki aby nie zdradzić swojej obecności, uważnie obserwował okolicę. Są! Zauważył ruch po lewej stronie, dwa osobniki pędziły w jego stronę. Oddal kilka strzałów jednak bez skutku. Cholera jeszcze jeden biegnie prosto na niego. I jeszcze trzech z prawej. Strzelił jeszcze kilka razy kiedy z przerażenie stwierdził, że naboje się skończyły. Nie miał zapasu. Już po nim, czas pogodzić się ze śmiercią. Nie, to nie w jego stylu, nie może zginąć bez walki! Sięgnął do pasa i wyciągnął dwa granaty rozpryskowe.
- No chodźcie tu sukinsyny! Mam dla was małą niespodziankę! - krzyknął z całej siły.
Nagle jeden z Obcych odbił się i zaraz miał dopaść ofiarę kiedy Mike wyciągnął zawleczki. Przez niewyobrażalnie długą chwilę zawleczki upadły na ziemię a On obserwował lecącego mu na spotkanie potwora, ten zwalił się na niego przygniatając go własnym ciałem. Z ręki wypadły mu granaty, przechylił głowę widząc dwie bestie będące już prawie przy nim, jak również wysoko uniesione ramię Obcego który zaraz miał zadać śmiertelny cios. Największą uwagę skupiał jednak na toczący się powoli granat. Zatrzymał się delikatnie na jakimś kamieniu z metr od niego. Mike powoli zamknął oczy...
Ogłuszająca eksplozja wstrząsnęła ziemią, dziesiątki odłamków przeszyły Mike'a oraz pięciu Obcych na wylot, następnie podmuch ognia strawił ich ciała. Zginął mężnie - jak prawdziwy wojownik...
Ogon powoli otworzył oczy, nie mógł się poruszyć. Rozejrzał się, był uwięziony w jakimś dziwnym kokonie. W pomieszczeniu było prawie kompletnie ciemno. Widział zaledwie na metr. Obok niego, w takim samym kokonie uwięziony był Polo, kadet z grupy Ricka. Także miał otwarte oczy, patrzyli na siebie. Nagle oczy kadeta rozwarły się, jego ciałem wstrząsnęły gwałtowne skurcze, zaczął potwornie krzyczeć z bólu, na twarzy rysowało mu się przerażenie, nie to coś innego, chciał jak najszybciej zginąć aby skrócić sobie męki. Zaczął rzygać krwią, coraz bardziej się wijąc, nagle na brzuchu, pod ubraniem pojawiła mu się plama krwi, skóra w tym miejscu rozciągnęła się, coś w nim było i chciało się wydostać. Jeszcze jeden przeraźliwy krzyk i skóra ustąpiła, w wyszarpanej dziurze pojawiło się małe zwierzątko, spadło na ziemię i po dłuższej chwili gdzieś sobie poszło. Tak pewnie się rodzą. Przeszło mu przez myśl. Patrzył teraz na martwe ciało kompana czekając na swoją kolej, lada moment coś takiego będzie chciało wyjść z niego. Nie chciał nawet sobie wyobrażać tego bólu. W tej chwili oddał by wszystko za możliwość szybkiej śmierci. Niespodziewanie zauważył przed sobą Obcego, stal odwrócony do niego bokiem.
- Hej ty! Zabij mnie! Tu jestem! - krzyczał w kierunku bestii. Obcy obrócił się w jego stronę i nieco zbliżył. Powoli otworzył jedną a później drugą paszczę.
- Tak, zabij mnie!! No dalej, przecież to lubisz!
Potwór jednak szybko zamknął szczękę, zbliżył głowę do twarzy Ogona.
- No na co czekasz!! Masz mnie zabić głupi fiucie!! Boisz się! - modlił się o śmierć z ręki Obcego.
Ale potwór nic nie zrobił, tylko stał na przeciwko niego, kadet słyszał jego oddech spokojny i miarowy, było nawet w tym coś uspokajającego. W tym momencie Ogon poczuł straszliwy ból...
- Przecież mówię, że wpadliśmy w cholerną pułapkę, nikt nie widział wcześniej tych stworzeń. Cud, że w ogóle komuś udało się przeżyć - Rick z narastającą złością odpowiadał na kolejne pytanie sądu wojskowego.
- Opowiada nam Pan tutaj o jakichś potworach z kwasem zamiast krwi. Łatwiej uwierzyć nam w to, że spieprzyliście sprawę z tymi radskorpionami i wskutek pańskich nieodpowiedzialnych działań zginęła większość pańskiego oddziału - ze stoickim spokojem odpowiedział generał Wesson.
- A co powiecie na ciała Sztyleta i Dynamita? Radskorpion nie mógł czegoś takiego zrobić.
- Powiedzmy, że zaatakował was jeszcze jakiś Szpon Śmierci, to było by nawet dla Pana lepsze wytłumaczenie.
- Do cholery, mówię szczerą prawdę! Zapytajcie moich podwładnych!!
- To niczego nie udowodni, mógł Pan przeciągnąć ich na swoją stronę, zresztą trzech z nich jest w szoku i nie można się z nimi porozumieć.
- Są w szoku bo widzieli potwora o którym nie śnili w najgorszych snach!! Widzieli przyjaciół rozrywanych jak szmaciane lalki!! Przez waszą arogancję zginą następni ludzie!! Musicie posłać do tej kopalni oddziały robotów a by zniszczyły te cholerstwa!!
- Dość tego, nie będzie nam pan wydawał rozkazów! O obrazie sądu nie wspominając. Nakazuję natychmiastowy areszt do czasu wyjaśnienia sprawy. Za dzień albo dwa poślemy tam kompletny oddział uderzeniowy który zbada kopalnię.
- Nie może posłać Pan tam ludzi!!
- Cisza!! Wyrok został wydany, straże natychmiast umieścić Starszego Rycerza Ricka w areszcie. Zamykam rozprawę.
Siłą dwóch żołnierzy w pancerzach wspomaganych zaprowadzili Ricka do aresztu. Po chwili przyszła na miejsce Sara.
- Nie przejmuj się, najdalej pojutrze będą cię przepraszać - powiedziała żywo stojąc przy kratach.
- Tylko, że zamiast mnie posłuchać wyślą tam bandę żołnierzyków na pewną śmierć.
- Na pewno nie, przecież zostaną uprzedzeni, nawet jeżeli nie potraktują tego poważnie na pewno zachowają ostrożność.
- Nie był bym tego taki pewien, Oni są bardzo inteligentni, widziałaś jak nas atakowali? Nawet nie spostrzegliśmy jak połowa oddziału leżała martwa. Zaatakowali nas z zaskoczenia, założę się, że następnej grupie nie pójdzie tak łatwo.
- Fakt, mieliśmy dużo szczęścia, ale nie zapominaj, że nie byliśmy przygotowani do walki z czymś takim.
- To wszystko moja wina, nie byłem zbyt pewny siebie, powinniśmy bardziej uważać. Spodziewaliśmy się kilku radskorpionów a dostaliśmy hordę Obcych.
- Nie wolno się zadręczać, nikt nie postąpił by lepiej na twoim miejscu, uratowałeś w końcu nas i tych rekrutów.
- Ale pozwoliłem zginąć Mike'owi! I prawie dwudziestce ludzi!! Zawiodłem na całej linii.
- Przestań, powtarzam ci, że to nie nasza wina. Pamiętasz co mówiłeś w drodze powrotnej? Postaram się trochę pomyszkować w bazie, pogadam ze strażnikami, może się czegoś dowiem.
- Lepiej się nie narażaj, jeżeli to spisek to możesz być w śmiertelnym niebezpieczeństwie.
- Będę na siebie uważała. Muszę już iść, zajrzę do kadetów a później mam przesłuchanie.
Kolejne przesłuchania potwierdziły wersję Ricka, dowództwo podejrzewając jednak zmowę za nadto się tym nie przejęło. Nie aresztowano dalszych osób, wina spadała w takich sytuacjach na dowódcę. Jeżeli jednak okazało by się, że kłamał najpewniej wszyscy zostali by zabici za niesubordynację.
Sara następnego ranka postanowiła pojeździć po okolicznych wioskach w poszukiwaniu informacji. Pierwszym miejsce poszukiwań okazało się Bramnin Wood. Wódz udzielił jej audiencji prawie natychmiast.
- Co sprowadza do mnie żołnierzy Bractwa Stali? Od dawna przyjeżdżacie tylko po rekrutów i jedzenie.
- Pamiętasz Ricka? Pochodzi z waszej wioski, wpadł w straszne tarapaty.
- Pamiętam go, miał w sobie ducha walki prawdziwego bramina!! Co się z nim stało?
- Wodzu, nie dotarły może do ciebie jakieś dziwne plotki, na przykład o dziwnych stworzeniach?
- Dla czego o to pytasz? Jedyne co się u nas ostatnio działo to stado tych parszywych radskorpionów. Porwały nam kilka braminów ze stada nazwanego na cześć naszego wielkiego wybawcy.
- Na pewno były to skorpiony? Może jednak było to coś innego?
- Hmm... dziwne pytania zadajesz, Bractwo nie interesowało się dotąd naszymi sprawami.
- Chodzi tu o Ricka, naprawdę nie możesz mi pomóc?
- Jeżeli o niego chodzi... cóż chyba będę mógł ci jakoś pomóc - wymawiając te słowa szef wioski nakazał gestem ręki wyjść członkom rady starszych którzy dotychczas przysłuchiwali się rozmowie - Najpierw jednak powiedz mi o co dokładnie chodzi.
- Dobrze, mam do ciebie zaufanie, nie może to jednak wyjść poza ten szałas.
- Tak będzie, słucham cię dziecko.
- Zeszłej nocy wysłano nas na misję, mieliśmy zniszczyć gniazdo radskorpionów które porywały bydło z okolicznych wiosek. Na miejscu jednak nie było żadnych skorpionów, było za to coś innego.
- Nic więcej nie mów - przemówił wódz wstając z siedziska i podchodząc do skrzyni w rogu pomieszczenia. Wyjął z niej jakieś zawiniątko. Następnie ponownie usiadł i położył przedmiot pomiędzy nimi. Gestem nakazał Sarze rozwinąć pakunek. Uczyniła to i ku jej zaskoczeniu ujrzała strzelbę myśliwską. Była jednak zepsuta, na lufie i w okolicy magazynka było widać wyraźne ślady po kwasie. Spojrzała na wodza wzrokiem dającym do zrozumienia, że myślą o tym samym.
- Co wiesz na jego temat?
- Od kilku tygodni atakują nasze stada, porywają po jednym braminie. Nie ma ciała, śladów walki, nic. Z początku sądziliśmy, że robiły to skorpiony. Ale kiedy zaginęło kilku pasterzy postanowiliśmy wzmocnić straże przy stadach. Nasz ośmioosobowy patrol natknął się na jednego z nich, w wyniku walki zginęło siedmiu ludzi, potwór został ranny i uciekł. Ósmy opowiedział nam o zdarzeniu i jako dowód przyniósł tę broń. Rozwiń dalej skórę w którą strzelba została zapakowana - nakazał po krótkim przemówieniu. Sara tak uczyniła, jej oczom ukazał się rysunek przedstawiający Obcego. Podłużna głowa, ogon, sylwetka, wszystko się zgadzało.
- To On. Co o nich wiesz?
- Atakują w nocy, porywają ludzi i zwierzęta, nie zostawiają ciał. Wiemy, że przybywają gdzieś ze wschodu i atakują inne wioski. Mało kto wie o tych stworzeniach, panuje powszechny strach, każdy się boi.
- Wcale mnie to nie dziwi, ale dla czego nie powiadomiliście Bractwa?
- Powiedzieliśmy wam, że atakują nas radskorpiony. Gdybyśmy mówili prawdę uznali by nas za szaleńców.
- Nie musisz mnie dalej przekonywać. Dość już się nasłuchałam, bardzo mi pomogłeś wodzu.
- Czy Bractwo ma zamiar zabić te stworzenia?
- Już wkrótce.
Sara wyszła szybko z szałasu i wróciła do Hummera, następnie ruszyła w stronę bunkra.
- One już tam są od dobrych kilku tygodni. Rozmawiałam z wodzem Bramin Wood. Mówi, że porywają braminy i pasterzy - Sara po powrocie z misji czym prędzej skierowała się do celi przyjaciela.
- Dlaczego to mnie nie dziwi. I wywiad jak dotąd nic nie odkrył?
- Tego nie wiem, ale w to wątpię. Chyba jednak nie było żadnego spisku. Te stworzenia przybyły chyba gdzieś ze wschodu, osiedliły się niedawno w kopalni i tyle.
- Tak, rzeczywiście wygląda to na zwykły przypadek - choć sam w to do końca nie wierzył, Rick postanowił swoje przeczucia zostawić dla siebie.
- Słyszałam od strażnika, że specjalna brygada przybędzie jutro. Nie ucieszy cię pewnie fakt, że to grupa Malone'a.
- Muszę go uprzedzić, nie pozwolę mu zginąć! - Rick zareagował jak porażony prądem.
- Bez, obaw na pewno przyjdzie z tobą porozmawiać przed misją. Wątpię jednak czy uda ci się go przekonać.
- Może przynajmniej powściągnie wszelkie środki bezpieczeństwa.
- Muszę już iść, do zobaczenia.
- Na razie.
Sara poszła w swoją stronę zostawiając przyjaciela samego ze swoimi myślami.
Sara zaznaczyła na mapie wioski z których w ostatnich tygodniach doszły donosy o porwaniu bydła, większość z tych miejscowości położona była wokół kopalni, jednak kilka leżało na wschodzie, w prostej linii. Mogło to oznaczać kierunek skąd przyszły te potwory. Trzeba koniecznie to sprawdzić! Wzięła mapę i ruszyła Hummerem na wschód, w miejsce gdzie jako pierwsi pojawili się Obcy. Jazda zajęła jej bite sześć godzin kiedy w oddali ujrzała dziwny obiekt. Kiedy podjechała bliżej mogła już odróżnić szczegóły. Obiekt był okrągły i płaski, miał gdzieś ze 100 metrów średnicy i leżał tu chyba od dawna gdyż pokrył się pyłem. Wysiadła z samochodu i zaczęła okrążać pojazd dookoła, wkrótce natknęła się na coś w rodzaju drzwi. Z gotowym do pracy M4 weszła ostrożnie do środka. Znalazła się w owalnym pomieszczeniu, stały tu dwa osobliwe fotele, zbudowane jakby z żywej materii. O dziwo było tu jasno jak w dzień chociaż nie mogła znaleźć źródła światła. Po przejściu przez kolejny właz znalazła się w trochę mniejszym pomieszczeniu, na środku stał stół, metalowy o zaokrąglonych kształtach. Na stole leżało jakieś ciało. Podeszła bliżej. Stworzenie miało jakieś dwa metry wysokości, było szare i miało duże czarne oczy. Kosmita. Był martwy, w tułowiu miał sporą dziurę, wyrwaną jakby od środka. Ciekawe co go zabiło? Poszła dalej, właz do kolejnego pomieszczenia był przezroczysty. W środku stało pięć dużych jaj, każde było zielone. Cztery z nich były jakby otwarte, ich wierzchołki rozeszły się na czworo. Po przejściu przez te wrota Sara podeszła do piątego. Obeszła je ciekawie dookoła, niespodziewanie otworzyło się przed nią. Bała się zajrzeć do środka ale ciekawość była silniejsza. Z przystawionym do ramienia karabinem wychyliła się nieco aby zajrzeć do środka. Nagle wyskoczyło na nią coś żółtego, na szczęście zatrzymało się na lufie, beż namysłu Sara nacisnęła na spust. Stworzenie zostało przebite na wylot serią pocisków i padło martwe koło jaja. Co to było do cholery? Zbyt tu niebezpiecznie, lepiej wracam z powrotem do bunkra. Zanim jednak wyszła, wrzuciła ciało stworzenia do jaja. Jajo z kolei zaniosła do pojazdu. Było dość ciężkie, ale co to dla niej. Z dowodami na istnienie Obcych ruszyła w drogę powrotną.
- Nareszcie jesteście! - Wesson zasalutował Młodszemu Paladynowi.
- Przybyliśmy wcześniej. Zmartwiłem się kłopotami Ricka - odparł Malone salutując.
- Doskonale, a co do kłopotów twego przyjaciela, to mogę powiedzieć tyle, że stracił członka swego oddziału, Mike'a i osiemnastu kadetów - chłodno poinformował generał.
- To niemożliwe! Jestem pewien, że nie stało się to z jego winy, jakie były okoliczności zdarzenia? - zapytał z niedowierzaniem.
- To była standardowa misja, miał wziąć kadetów na nocną wyprawę. W starej kopalni niedaleko stąd zagnieździły się radskorpiony, porywały one braminy z okolicznych wiosek. Mieli tylko zniszczeć gniazdo. W trójkę powinni sobie poradzić, a tymczasem prawie wszyscy zginęli.
- Nie wierzę, co powiedział przed sądem?
- Wymyślił jakąś historyjkę z Obcymi, podobno zaatakowały ich stwory groźniejsze od Szponów Śmierci. Nie posiadały oczu, z zamiast krwi miały kwas. Przyznasz, że to niedorzeczne.
- A co na te zeznania reszta oddziału?
- Potwierdzili. Ale mogą być w zmowie, sądzimy, że spieprzył sprawę i tyle. Był zawiedziony po Twoim przeniesieniu. Stres i zawiedzione ambicje pociągnęły za sobą załamanie, w rezultacie stracił ludzi i wymyślił sobie usprawiedliwienie. Ty ze swoim oddziałem masz sprawdzić tę kopalnię i zdać raport.
- Mógłbym z nim porozmawiać zanim wyruszymy?
- Nie widzę przeszkód, tylko pamiętaj, że za dwie godziny masz wyruszyć na misję.
- Rozkaz! - Malone ponownie zasalutował.
- Odmaszerować! - Wesson odpowiedział tym samym gestem.
Grupa żołnierzy w pancerzach środowiskowych przeszła do garaży. Zgromadzili się wokół transportera.
- Dobra, mamy zadanie do wykonania. Max i Lambert sprawdzą uzbrojenie, Liz pójdzie do kwatermistrza z tą listą - Malone wręczył formularz - Mandy sprawdzi pojazd a Skaner załatwi mapę okolicy i plany kopalni. Za pół godziny wszystko ma być gotowe.
- Rozkaz!! - chórem odparli podwładni.
Malone skierował się do części więziennej, ominął biurko strażnika i podszedł do celi Ricka. Ten leżał na koi z otwartymi oczami.
- Cześć stary druhu - zagadnął zdejmując hełm.
- Przybyłeś dokończyć to co ja spieprzyłem - smętnie odpowiedział więzień.
- Tak, wyruszamy za jakąś godzinę. Ale nie po to tutaj przyszedłem. Chciał bym się dowiedzieć co tam naprawdę się wydarzyło.
- Nie powiedzieli ci? Straciłem oddział w potyczce z kilkoma skorpionami - odparł z ironią.
- Przestań pieprzyć! Wiem jaki z ciebie dowódca! Nigdy byś na to nie pozwolił - Paladyn miał już dość podchodów - Masz powiedzieć mi całą prawdę.
- Dobra, chcesz znać prawdę! - Rick poderwał się z koi i stanął przy kratach, na przeciwko przyjaciela, patrzył mu prosto w oczy - Popełniłem kilka błędów, nie zachowałem należytej ostrożności..., ale nie przez to zginęli ci ludzie. W tej kopalni nie było ani jednego żywego skorpiona, było za to coś innego. Byliśmy już bardzo blisko gniazda kiedy te cholerstwa nas zaatakowały, w ciągu kilku sekund zginęła ponad połowa oddziału. Kiedy uciekaliśmy zginęły dalsze osoby. Były szybkie jak błyskawica, nie znały litości. Wpadliśmy w z góry zaplanowaną pułapkę, nie mieliśmy praktycznie żadnych szans. Kiedy Oni zabili większość naszych My zdołaliśmy zaledwie zabić ze trzech albo czterech, kilku zranić... Nie mogę ci nawet ich dokładnie opisać, chodzą bez przeszkód po suficie, mają kwas zamiast krwi, są piekielnie silne i szybkie. Nawet się nie spostrzeżesz kiedy cię zabije.
- Z takim przeciwnikiem nawet doświadczony oddział miał by kłopoty, ty miałeś kilku rekrutów, to nie twoja wina...
- Ja też zawiniłem, rozdzieliliśmy się, zbyt zaufałem wywiadowi. Jeżeli postępowali byśmy ostrożniej na pewno więcej osób by przeżyło. To tak jak bym osobiście kilku z nich zabił.
- Nieprawda, nie mogłeś się spodziewać, że zaatakują cię takie potwory. Udowodnię generałowi, że popełnił straszliwy błąd nie ufając ci.
- Nie możesz tam pójść, zginiesz.
- Wiem z kim mam do czynienia, mamy solidny sprzęt i doświadczonych ludzi. Nic nam nie grozi.
- Nic nie rozumiesz, kiedy nas zaatakowały w tunelu były ich dziesiątki, mogę się założyć, że jest ich tam więcej. Kiedy skończy wam się amunicja wypatroszą was jak świnie.
- Bez obaw, zabezpieczymy drogę ucieczki, wpadniemy zabijemy ile się da i zmyjemy się stamtąd w mgnieniu oka.
- To nic nie da i tak zginiecie! Nie możecie tam pójść, rozumiesz? Nie możecie! - Rick kurczowo złapał kraty, nie chciał tracić drugiego przyjaciela - Obiecaj mi, że tam nie pojedziesz!
- Tego nie mogę ci obiecać - Malone skierował się do wyjścia z pomieszczenia.
Więzień wiedział, że go już nie powstrzyma. Sam pewnie postąpił by podobnie na jego miejscu. Pozostawało mieć nadzieję, że jakoś sobie poradzą.
c.d.n.