CIĘŻKIE JEST ŻYCIE TRAPERA
To był normalny dzień. Taki jak
wszystkie inne. Nic ciekawego się nie działo. Ci sami ludzie,
te same miejsca, towar i kasa. Jak zawsze pożegnałem się z
żoną i poszedłem spakować potrzebny mi ekwipunek na
polowanie. Adrin powiedziałem, że idę w okolice Toxic Caves.
Wszyscy znali to miejsce, ale nikt tam nie chodził. Krążyła
jakaś plotka o różnych okropnościach, które można znaleźć
wewnątrz i jeszcze nie spotkałem nikogo, kto wrócił stamtąd
żywy. A właśnie w okolicach jaskiń zauważyłem niedawno dwa
pokaźne stada Geckosów. Chciałem je wytropić i zdobyć kilka
skór. Biorąc jeszcze pod uwagę ich ponadprzeciętną
wielkość, miałbym z tego całkiem niezły zarobek.
Dopiłem do końca piwo i poszedłem do
pokoju. Zacząłem się pakować. Wrzuciłem do plecaka tyko
niezbędne rzeczy: flary, Shotguna, trochę amunicji, jedzenie i
mój ulubiony nóż mysliwski. Oczywiście nie zapomniałem
wziąć kilku skór Geckosów na wymianę. Przy wyjściu z baru
jak zwykle zaczepił mnie Whiskey Bob.
- Cześć Smiley! I jak, rozważyłeś moją ofertę? -
znowu chciał, abym oczyścił z jaszczurek teren w pobliżu jego
bimbrowni.
- Sorry Bob, ale spieszę się. Muszę odwiedzić
Vic'a.
- Vic'a? Jeszcze nie wrócił z Arroyo. Podróż w obie
strony zabiera mu tylko trzy dni, ale jak go znam, skręcił po
drodze na południe i udał się do Den. Mam nadzieję, że
pamiętał o tym, aby pogadać z Becky. Słyszałem, że niedawno
kupiła sobie nowy destylator i...
- Dobra. I tak na wszelki wypadek sprawdzę u niego w
domu. Na razie.
- Smiley! Ale zabijesz te Geckosy? Co?? Zapłacę ci
50$!
- A masz chociaż tyle kasy? Przecież ty zawsze
żyjesz na kredyt.
- No jasne. Gdzieś je tutaj miałem...
- Nie Bob, mówiłem ci to już wcześniej, nie
interesują mnie twoje pieniądze. Znajdź sobie kogoś innego.
- A żebyś wiedział, że znajdę! I na pewno ten
ktoś zrobi to o wiele lepiej od ciebie!
- Dobra, dobra. Zobaczymy....
Na wszelki wypadek zajrzałem jeszcze do domu
Vic'a - nadal go nie było. Podszedłem do kredensu i wziąłem
dwa magazynki amunicji - i tak nie zauważy...
Udałem się na zachód. Chciałem dojść do
Arroyo jeszcze przed zachodem słońca. Później Wracając
zahaczyłbym o Toxic Caves. Miałem nadzieję upolować po drodze
jeszcze kilka jaszczurek - dodatkowy towar na wymianę. Dzikusy
sprzedawały swój magiczny proszek po dość niskich cenach, ale
nigdy nie lubiłem płacić im gotówką. Ciekawe, czy zastanę
tam Vic'a? Może coś mu się przydarzyło po drodze. Kto wie? Ta
niedorajda miałaby problemy z pokonaniem nawet zwykłej mrówki,
a co dopiero mówić o Geckosach.
Jak zwykle nie obyło się bez przygód. Po
drodze natrafiłem na grupę Radscorpionów. Nie było ich dużo,
ale wyglądały na rozwścieczone. Sięgnąłem po swojego
Shotguna - jakiś czas temu kupiłem go w Den za dość ciężką
forsę. Wyszedłem zza krzaków i dwoma celnymi strzałami
posłałem na tamten świat jednego Radscorpiona. Przez chwilę
naszła mnie myśl, czy sprzedaż ich ogonów zwróci mi się
chociaż za amunicję.
Nagle poczułem dotkliwy ból w lewej nodze.
Szybko odwróciłem się i ujrzałem trochę mniejszego
Radskorpiona robiącego kolejny zamach swoim ogonem w moją
stronę. Strzeliłem trzy razy. Tym razem w ramach zemsty po
nogach. Jeden padł martwy na miejscu. Drugi, który stał dalej,
stracił tylko dwie odnogi. Wykonał ruch podobny do skoku,
jednak potknął się o martwego już Radscorpiona i zanim
złapał równowagę, dostał jeszcze dwa strzały w głowę.
Krew i kawałki rozwalonego cielska obryzgały mi twarz. Za
skałą były jeszcze trzy paskudztwa. Wyjąłem granat. Zawsze
miałem przynajmniej jeden ze sobą - przeznaczony na takie
właśnie okazje. Odbezpieczyłem, zrobiłem zamach i rzuciłem w
ich kierunku. Jedyne co z nich zostało, to kilka kawałków
pancerza.
Na wszelki wypadek zażyłem antidotum i
założyłem sobie opatrunek na nogę. Zabrałem ogony i
zapakowałem je do plecaka. Trzeba było ruszać - niedługo
mogły się tu pokazać wilki, a z nimi lepiej samemu nie
zadzierać.
Był już późny wieczór, gdy dotarłem do
Arroyo. Mimo, że bywałem tam już wiele razy, znowu musiałem
tłumaczyć cel sojej wizyty strażnikowi mostu.
- Witaj dzielny traperze Smiley. Co cię tutaj
sprowadza?
- Jak zwykle - potrzeba handlu.
- Aaaa... - strażnik zamyślił się na chwilę - w
takim razie możesz przejść.
- Dzięki.
Od razu skierowałem swe kroki do namiotu
Hakunin'a. Od mojej ostatniej wizyty nic się tutaj nie
zmieniło. Po drodze bacznie rozglądałem się za Vic'em, jednak
nie zauważyłem żadnych śladów jego obecności. Minąłem
wielką głowę i skręciłem w lewo. Podszedłem do namiotu
ustawionego w samym rogu osady, odchyliłem nieco płachtę i
wszedłem. Uderzył we mnie zapach mieszaniny najróżniejszych
wywarów, ziół, kadzideł i magicznego proszku. Hakunin stał
odwrócony do mnie tyłem i coś do siebie mamrotał.
- Ekhmm... Hakuninie?
- O! Witaj nieustraszony traperze Smiley! Jak tam twój
ogród?
- Mój ogród? A, no tak. Mój ogród ma się całkiem
nieźle. - nigdy nie wiedziałem dokładnie o co mu chodzi, ale
zawsze gdy tak odpowiadałem, wydawał się zadowolony.
- W moim ogrodzie źle się dzieje. Hmmm... Złe
nasiona zasiane zostały i złe rośliny z nich wyrosną.
- Aha... - nie miałem zielonego pojęcia o co mu
chodziło.
- Pomoc mi potrzebna. Ogród oczyścić trzeba będzie.
Może znajdę kogoś odpowiedniego... Hmmm...?
- Mam nadzieję, że znajdziesz kogoś odpowiedniego
Hakuninie.
- Hmmm... Tak. Poproszę o to Wybrańca! Wybraniec
niedługo gotowy powinien być. Może on pomoże mi... Hmmm.....
Hmm.....
Ten stary świr coraz bardziej zaczynał mnie
irytować tym swoim "Hmmm". Nie dość, że miał
jakąś dziwną manię na punkcie ogrodów, to jeszcze teraz
zaczął mi coś gadać o Wybrańcach. Jak ja nienawidzę takich
osad! Te małe społeczności ze swoimi głupimi zwyczajami,
przesądami itp. Całe szczęcie w Arroyo jest tylko jeden taki
dziwak. Kiedyś byłem w Primitive Tribe - spotkałem tam ze
dwudziestu takich Hakuninów. W końcu postanowiłem przerwać te
jego "Hmmm... Hmm"
- Hakuninie! Może przejdziemy do rzeczy?
- Hmmm.... A, no tak. Mój ogród nigdzie nie ucieknie
mi. Tymczasem twój na dalsze próby iść musi. Po mój leczący
proszek przyszedłeś? Hmm? - no, nareszcie powiedział coś
sensownego.
- Tak.
- Co na wymianę masz? - tym razem zapytał z wyraźną
ciekawością.
- Kilka skór, trochę żywność i trzy ogony
Radskorpionów.
- Hmmm... Radskorpiony po drodze spotkałeś? Ogony
więc świeże są. Hmmm... Widzę, że bez ran nie obyło się.
Twój ogród w nienajlepszym stanie jest...
Cholera! Kiedy on skończy z tymi ogrodami?
Ale tym razem mogę to jakoś wykorzystać. W końcu dla niego
najważniejszy jest stan ogrodu. Chyba nie pozwoli, aby mój
ogród był w złym stanie, co nie? Zawsze warto spróbować...
- Tak, niestety jeden zdążył skaleczyć mnie w
nogę. Antidotum już zażyłem, ale rana nie wygląda najlepiej.
Mój ogród jest w coraz gorszym stanie Hakuninie. Ty się na
ogrodach znasz. Czy mojemu pomóc możesz?
Na jego twarzy widać było zainteresowanie i
głębokie zamyślenie. Chyba złapał przynętę. Do dziś nie
wiem co on miał na myśli mówiąc "twój ogród", ale
chyba wtedy po raz pierwszy ten jego "ogrodowy świat"
na coś mi się przydał.
- Hmmmm... Hmm.... Twój ogród zawsze w dobrym stanie
był. Nie może teraz w ruinę popaść z powodu jednej drobnej
rany. To niegodne wielkiego wojownika byłoby. Hmmm.... Myślę,
że Hakunin pomóc może ci. Hmmm...
Po jakimś czasie wyszedłem z tego
śmierdzącego namiotu zdrowy, z plecakiem pełnym magicznego
proszku i bez niczego na wymianę. Nawet poza namiotem
słyszałem to irytujące "Hmmm..." wydawane przez
Hakunina. Ostatecznie wyszło na to, że za amunicję mi się
zwróci, ale za granat już nie. Cholera! Znowu będę musiał
zapierdzielać do Den po ekwipunek.
Przy okazji dowiedziałem się, że Vic był
tutaj, ale wyruszył "w celu lepszej pielęgnacji swojego
ogrodu" ponad dwa dni temu. W takim razie albo dotarł już
do Klamath, albo jeszcze jest w drodze do Den. Tak czy inaczej,
teraz moim celem podróży było Toxic Caves, a później wygodne
łóżko w sypialni w domu.
Ruszyłem na północ. Później skręciłem
na wschód w kierunku Toxic Caves. Po paru godzinach marszu
udało mi się wytropić stado Geckosów. Jednak po jakimś
czasie moim oczom ukazał się niezbyt ciekawy widok:
konkurencja. Trzech traperów siedziało nad dokładnie
dziesięcioma martwymi Golden Geckosami. Mieli udane polowanie.
Geckosy zostały zabite profesjonalne - ciosami w głowę bez
uszkadzania skóry.
Postanowiłem odebrać im łup. Kolesie nie
byli z Klamath ani z Den więc nikt nie będzie miał do mnie
pretensji. Podszedłem bliżej, aby wybadać ich siły i
uzbrojenie.
- Czego tu?? - zapytał jeden z nich. Nie wyglądał na
łatwego przeciwnika. Miał potężną budowę, a wiele blizn na
twarzy oznaczało duże doświadczenie, albo to, że nie był
najlepszy w walce wręcz.
- Niczego. Śledziłem to stado ponad godzinę.
- He he. To się pajacu spóźniłeś!
- Widzę, że odwaliliście całkiem niezłą robotę.
- powiedziałem wskazując na najbliższego Geckosa.
- Nooo. Trochę się namęczyliśmy, ale warto było. -
mówiąc to popatrzył na martwą jaszczurkę i zaczął kiwać
głową.
Na taki właśnie moment czekałem.
Odłożyłem na bok plecak, cicho wyjąłem z niego Shotguna i
wycelowałem. W tym właśnie momencie traper z którym gadałem
obrócił głowę w moją stronę. Nie zdążył nic powiedzieć.
Otworzył tylko usta w geście zdziwienia i z takim samym wyrazem
twarzy wylądował na ziemi. Następny w kolejce był drobnej
postury facet zdzierający właśnie skórę z ostatniego
Geckosa. Sięgał już po swojego Dester Eagle, ale po chwili ta
sama ręka leżała pół metra dalej. Z przerażeniem na twarzy
obrócił w drugiej ręce nóż, zrobił zamach i ........ tak
jak jego towarzysz leżał w kałuży krwi z twarzą w piachu.
Ledwo zdążyłem przeładować, gdy kątem oka zauważyłem
trzeciego trapera biegnącego prosto na mnie. Zrobiłem unik, ale
koleś sprawnym ruchem dzidy wytrącił mi z ręki mojego
Shotguna. Wyciągnąłem z pokrowca swój nóż myśliwski.
Przeciwnik znowu zaatakował. Zrobiłem unik w bok i
jednocześnie z całej siły wbiłem mu nóż w bok. Podniosłem
swojego gnata i litościwie skróciłem jego cierpienia.
Pozbierałem swoje rzeczy i zabrałem
wszystkie skóry. Broni ani żadnych innych rzeczy z ekwipunku
przeciwników nawet nie ruszałem. Każdy traper w jakiś sposób
oznaczał swoją broń i ulubione przedmioty, a ja nie chciałem
mieć żadnych dodatkowych kłopotów.
Mimo, że miałem już kilka dość
wartościowych skór i byłem już blisko Klamath, postanowiłem
jeszcze pójść do Toxic Caves. Zapadał już zmrok, gdy
dotarłem na miejsce. Nietrudno było je znaleźć. Przed
wejściem stała ogromna, ale już bardzo zniszczona tablica z
napisem: "No TRESSPASSING. Violators will be shot. Survivors
will be shot again."
Hmmm.. Kiedyś to musiało tu być coś
ważnego. Takie tablice umieszczano tylko w miejscach, do
których zwykły śmiertelnik nie miał dostępu. Gdy byłem
młody, pewien podróżnik określił Toxic Caves jako
"tajny rządowy projekt". Nie znałem i nadal nie znam
znaczenia wyrazu "rządowy".
Gdy się go wtedy o to zapytałem,
usłyszałem, że ten wyraz już nie ma znaczenia bo Rząd już
nie istnieje. O to, czym był Rząd, już się nie pytałem...
Wszedłem do środka. Zapaliłem flarę i
rzuciłem w dal. Zobaczyłem beczki. Zardzewiałe, dziurawe
beczki, z których wylała się jakaś zielona ciecz.
- Lepiej się tego nie dotykać - powiedziałem sam do
siebie - może być radioaktywna, a w nigdzie w okolicy nie
dostanę Rad-Away'a.
Szybko przebiegłem po pierwszej kałuży. Po
prawej stronie zauważyłem drzwi. Tuż przy nich stały kalosze.
Wziąłem kalosze i nałożyłem. Co do drzwi - wolałem nie
sprawdzać, co jest za nimi. Poszedłem dalej. Na końcu
korytarza w ziemi było zejście na dół. Wrzuciłem tam flarę
i zszedłem. Znowu jedynym urozmaiceniem obskurnych ścian były
sterty beczek i kałuże zielonej mazi.
Kilka kroków dalej było rozgałęzienie.
Poszedłem w prawo. Nie był to najlepszy wybór. Za rogiem
ujrzałem ponad 10 Golden Geckosów. Wszystkie stały w gromadce.
Chciałem się wycofać, ale właśnie wtedy jeden z Geckosów
mnie zobaczył. Reakcja była natychmiastowa. Cztery jaszczurki
szybko odwróciły się i pobiegły w głąb korytarza . Jednak
po chwili zorientowałem się, że to nie była ucieczka -
pobiegły naokoło i odgrodziły mi drogę powrotną. Byłem
okrążony. Przede mną stało pięć jaszczurek, a z lewej
cztery. W oddali zauważyłem jeszcze trzy. Sprawdziłem zapas
amunicji: do Shotguna miałem cztery naboje i jeden magazynek do
starego pistoletu. Na wygranie tej walki nawet nie liczyłem.
Rozejrzałem się. Postanowiłem uciec. Trzema susami dopadłem
jakiegoś przejścia po prawej. Ujrzałem pusty i wąski
korytarz. Odwróciłem się i wyjąłem Shotguna. Oddałem trzy
strzały. Padły dwie jaszczurki. Właśnie miałem oddać
czwarty strzał, gdy skoczył na mnie zaczajony z boku Golden
Geckos. Przewrócił mnie i wytrącił z ręki broń. Upadłem na
ziemię. Rozejrzałem się za Shotgunem - wpadł w radioaktywną
kałużę.
Silnym kopniakiem odepchnąłem jaszczurkę,
wstałem i pobiegłem ile sił w nogach przed siebie. Nie miałem
najmniejszego zamiaru czekać na jaszczurki. Korytarz skręcał w
lewo. Ostrożnie wyjrzałem za róg. Moim oczom ukazał się
niezbyt miły widok - Geckosy, które ukatrupiłem, były zjadane
przez pozostałych członków stada. Przebiegłem po wielkiej
kałuży i skręciłem w prawo. Ujrzałem windę. Nie działała.
Obok były drzwi, jednak te dla odmiany były metalowe. Z
niemałym wysiłkiem otworzyłem je i wszedłem do małego
pomieszczenia. Był tam zniszczony generator i o dziwo
działający jeszcze komputer. Nie potrafiłem się nim
posługiwać, więc zostawiłem go w spokoju.
Siedziałem tam pięć dni. Miałem jeszcze
trochę zapasów jedzenia, ale nie widziałem żadnej szansy
ucieczki - jaszczurki cały czas były w pobliżu. Raz gdy
otworzyłem na chwilę drzwi zobaczyłem dwa Geckosy czatujące
pod drzwiami. Dzięki temu, że chyba nie spodziewały zobaczyć
się mnie w tej chwili, nie zdążyłbym ich zamknąć. Jednak
najgorsze było to, że straciłem Shotguna. Wydałem na niego
kupę kasy, a mimo to nie miałem się czym wtedy bronić.
Miałem jeszcze pistolet, ale z tylko jednym magazynkiem. Przy
dużym szczęściu mógłbym tym zabić najwyżej trzy
jaszczurki.
Szósty dzień mojego uwięzienia zapadł w
mojej pamięci tak dokładnie, że pamiętam niemal każdy
szczegół. Siedziałem pod ścianą i starałem się o niczym
nie myśleć. Nagle otworzyły się drzwi. W pierwszej chwili
pomyślałem, że jaszczurkom w jakiś sposób udało się je
otworzyć, ale szybko zorientowałem się, że to nie żaden
Geckos. Przede mną stał najzwyklejszy człowiek. Rzeczą,
którą szczególnie dokładnie zapamiętałem, było jego
ubranie - niebiesko-żółty kombinezon z dużą, żółtą
"13" na plecach. W jednej ręce miał pistolet podobny
do mojego, a w drugiej jednostrzałową Pipe Rifle. Później
dowiedziałem się, że zabrał ją z domu Vic'a. Za jego plecami
ujrzałem Sulik'a.
Przybysz podszedł do mnie, ale nic nie
powiedział. Odezwałem się pierwszy.
- Cześć. Nazywam się Smiley i jestem traperem. Jak
to miło cię tutaj zobaczyć. Siedzę tu uwięziony już od
kilku dni i nie jestem w stanie sam się stąd wydostać.
- Cześć. Mi też miło cię spotkać. Sorry, muszę
lecieć. Na razie!
- Czekaj!! Chyba mnie tu nie zostawisz?
- Nie??
- Jeżeli mnie tu zostawisz to zginę. Musisz mi
pomóc!
- OK. W takim razie nie stójmy tak, tylko chodźmy.
- Czekaj, jak mam się do ciebie zwracać?
- Od niedawna jestem Wybrańcem. Możesz mnie tak
nazywać, jeśli chcesz.
Wybraniec zniknął za drzwiami tak szybko,
jak się pojawił. Poszedłem za nim. Tuż obok drzwi leżały
dwie martwe jaszczurki. Niestety były podziurawione jak sito i
ich skóry nie były prawie nic warte. W międzyczasie przybysz
naprawił generator i męczył się trochę przy windzie. W
końcu dał za wygraną i stwierdził, że będzie musiał tu
jeszcze wrócić z "Electronic Locpick". W trakcie
drogi powrotnej minęliśmy jeszcze kilka martwych Geckosów.
- Yyy... Ekhm! Wybrańcu?
- Co?
- W jaki sposób pokonałeś te wszystkie jaszczurki?
Prawdę mówiąc do dziś nie za bardzo
rozumiem słów, które wtedy wypowiedział:
- Przecież to żaden problem! Mam 90% na Small Guns,
czwarty level, 10 Action Points, 2 punkty Healing Rate i jeszcze
kilka Stimpacków w plecaku. Staaaaary! Niedługo gdy zdobędę
20 level i będę miał 160% na Big Guns i Bozara w ręku to ja
Enclave Patrol będę z łatwością rozwalał, a co dopiero
mówić o jakiś tam Geckosach!
Chciałem się go o coś jeszcze zapytać,
ale dotarliśmy już do wyjścia.
- OK. Jesteśmy już na miejscu. - powiedział.
- Dzięki stary. Nie wiem jak ty, ale ja wracam do
Klamath. Jak będziesz w pobliżu, to wpadnij do mnie.
- OK. Będę pamiętał. Na razie!
I tutaj się rozstaliśmy. Wróciłem do
domu. Dopiero wtedy zorientowałem się, że nie mam tych
dziesięciu skór Golden Geckosów, które zabrałem od tygodnia
martwym już traperom. Od razu domyśliłem się, że musiał
ukraść mi je ten Wybraniec, ale nie byłem na niego zły. W
końcu jakby na to nie patrzeć, uratował mi życie. Od Adrin
dowiedziałem się, że to ona poprosiła Wybrańca, aby mnie
odszukał.
Jakiś miesiąc później do miasta
przyjechał samochód. Większość mieszkańców pierwszy raz
widziała coś takiego, ale nie ja. Nawet nie
jeden raz - zawsze gdy byłem w Den, odwiedzałem starego
mechanika Smittiego. Pracował nad tym samochodem kilka lat.
Zawsze mówił, że go kiedyś sprzeda. Najwyraźniej tak
właśnie zrobił...
Z samochodu wyszły trzy osoby: Sulik, Vic i
jakiś mężczyzna w Leather Armor. Poznałem go od razu. To był
Wybraniec! Podszedł do mnie i znowu nic nie powiedział. Już po
raz drugi rozmowę musiałem zacząć ja.
- Witaj. Miło cię znowu widzieć. W czym mogę ci
pomóc? - zapytałem.
- Naucz mnie, jak zostać traperem.
- Traperem?
- No przecież nie chodzi mi o trening biegania,
posługiwania się bronią i tym podobne niepotrzebne rzeczy. To mi
nie potrzebne bo mam 90% na Melee Weapons, 112% na Unarmed i 96%
na Outdoorsman co mi w zupełności wystarcza. Chodzi mi o perka
Gecko Skinning!
- Gecko Skinning? Chcesz, abym nauczył cię zdzierać
skóry z martwych Geckosów? Ale po co ci to?
- No jak to po co? Dla kasy człowieku! Te dziesięć
skór Golden Geckosów, które wziąłem sobie od ciebie,
sprzedałem po bardzo korzystnych cenach. To jest nawet całkiem
niezły interes. Gdyby nie to, że muszę odnaleźć ten głupi
G.E.C.K. to bym mógł sobie z tego spokojnie żyć.
- No dobra, jak chcesz, to cię mogę nauczyć...
Od tamtego dnia już go nigdy nie spotkałem.
Mimo to, czasami od spotykanych ludzi słyszałem o różnych
niesamowitych czynach Wybrańca.......
© Piotr 'Sajdon' Szpakowski - 24 sierpnia 2002