HIGHWAYMAN
Wade Baldwin jechał przez pustkowia, wraz z kumplem, swoją nową bryką. Lecz nie byle jaką - to był Highwayman firmy Chrysails Motors - dobra przedwojenna maszyna.
Z samochodem tym wiąże się ciekawa historia. Jakiś czas temu, kilku kolesi zwinęło go z parkingu w New Reno, po czym ukryło w "dziupli", gdzieś w północno-wschodniej części miasta. Niedługo potem pewien gość chciał go odzyskać, lecz nie udało mu się - dostał taki łomot, że musiał pryskać. Wade dowiedział się o tym wydarzeniu przypadkowo. Miał łeb na karku i wymyślił niezły fortel. Podał się za jednego z ludzi Bishopa i tym sposobem przywłaszczył sobie auto. Okazało się, że miał duże szczęście, gdyż Bishop o niczym się nie dowiedział tylko dlatego, iż następnego dnia znaleziono mechaników martwych. Prawdopodobnie ktoś z gangu Wrighta ich sprzątnął. Tak czy siak, Baldwin był teraz właścicielem wozu i co najważniejsze, nikt nie rościł sobie do niego praw. A kilku tych, którzy pragnęli wejść w jego posiadanie, marnie skończyło swój żywot. Big Jezus Mordino nie puszczał płazem takich występków względem swoich najbardziej zaufanych ludzi.
A Wade Baldwin był królem alfonsów. "Jak na czarnucha przystało, mam to we krwi!" - mawiał. Nikt nie trzymał dziwek tak krótko jak on. Wyciskał z nich ile się dało, a dzięki swojej bezwzględności miał wyniki lepsze od innych. Dlatego był pupilkiem Big Jezusa.
Jego wygląd sprawiał, iż nie sposób było się pomylić co do jego zajęcia. Chodził w śmiesznym różowym, pluszowym płaszczyku i tak samo pedalskim kapelusiku. Cały był obwieszony złotem - sygnetami, pierścionkami oraz łańcuszkami. Na pierwszy rzut oka przypominał choinkę.
- Ach uwielbiam przywalić sobie Jeta i jeździć po pustyni. - zagaił alfons.
- Sie wie stary!
- Życie jest piękne! Interesy świetnie idą, wózek dobrze się spisuje, kasy pełno. Nic tylko szaleć!
- Ejno, spójrz! Co to? - krzyknął pasażer, wskazując na jakiś dziwny kształt lecący nad ich głowami.
- Nie mam pojęcia. Ale patrz, ląduje za tym wzniesieniem!
Zwolnił. Zatrzymali się w bezpiecznej odległości i obserwowali z ukrycia całe zdarzenie. Ludzie z gangu Salvatore rozmawiali z jakimiś żołnierzami, uzbrojonymi po zęby i zakutymi w przedziwne pancerze. Jakieś roboty transportowały skrzynie, do latających pojazdów ze śmigłami. Wyglądało to na jakieś ciemne interesy...
- Więc to stąd mają te pistolety laserowe! - wrzasnął Wade.
- Ktoś tam jest! - krzyknął jeden ze strażników.
- Spadamy! - krzycząc to odpalił silnik, wcisnął gaz do dechy i modlił się o to by ich nie trafiono.
Oświetlił ich reflektor, jednak byli już zbyt daleko jak na umiejętności strzelających i zasięg ich broni. Ale przez noktowizor widać ich było doskonale.
- Wszędzie poznam tego pajaca i jego nowy wózek! - wycedził przez zaciśnięte z gniewu zęby, lekko łysiejący facet, w szpanerskich przyciemnianych okularach. - Wozi się nim po całym mieście. Szkoda, że Pan Salvatore nie pozwolił mi go wcześniej sprzątnąć! Ale teraz skoro posiada on takie informacje, nie możemy czekać, aż wszystko komuś wypaple. Zajmij się nim. - powiedział do mężczyzny w śmiesznym niebiesko-żółtym kombinezonie. - I tym jego kolesiem.
Mężczyzna ten, nic nie mówiąc, uśmiechnął się demonicznie, skinął głową i dał znać swoim kompanom. W jego oczach widać było żądzę zemsty.
Alex wyszedł z wytwórni filmowej braci Corsican. Zwymiotował na chodnik i ruszył w stronę swojej meliny znajdującej się w południowej części New Reno.
- Kurde, wali mi z ryja, ale hej, piątak to piątak! - uśmiechnął się głupkowato. podrzucając zarobione przed chwilą pieniądze.
Był on typowym punkiem oraz miłośnikiem piercingu. Czerwony irokez, kolczyki w nosie, uszach, brwiach, języku oraz w wardze, zarzygana skórzana kurtka, spodnie w kratę i wojskowe buty. Wyglądał jak przećpana szmata - widok często spotykany w tym mieście.
Szedł szybkim krokiem, zaczepiany co chwile przez roznegliżowane panienki. Nie po to jednak tak ciężko "pracował", aby stracić forsę na pięć minut przyjemności. Wszedł do pomieszczenia oświetlonego jedynie ogniskiem rozpalonym na środku. Na podłodze leżał gość podobny do niego jak dwie krople wody. nawet ubrany i wykolczykowany tak samo. Jedynie zielony kolor jego czuba pozwalał ich odróżnić.
- Wstawaj brachu! - krzyknął kopiąc go w brzuch - Mam kasiore!
- Zajebiście! Lećmy kupić trochę ścierwa od naszego "przyjaciela" - wykrzyknął jego brat, wielce uradowany tą informacją, nie przejmując się zupełnie złamanym przed chwilą żebrem.
Wade przyjechał czym prędzej do New Reno. Wyskoczył z samochodu i popędził w kierunku kasyna "Desperado". Drogę zagrodził mu wysoki, umięśniony mężczyzna. Miał na sobie jedynie skórzane spodnie, na szyi zaś nosił rzemyk z nawleczonymi nań zębami Deathclawa. W jednej ręce dzierżył włócznię, drugą natomiast złapał go za koszulę.
- Ty iść z nami!
Nie musiał nic więcej mówić, gdyż jego postawa oraz wygląd wystarczały, aby największy twardziel narobił w gacie. Wyglądał na wojownika z jakiegoś pustynnego plemienia. Całe jego ciało pokrywały liczne tatuaże dzikich zwierząt, duchów, szkieletów, upiorów oraz tajemniczych napisów runicznych. W nosie nie sposób było przeoczyć wielkiej kości. A te jego oczy... Tak to właśnie one przerażały Baldwina najbardziej - pełne żądzy krwi, a mimo to nie zdradzały najmniejszego podniecenia czy zdenerwowania.
- Dobra, dobra. Wyluzuj koleś! Już idę.
Grał na czas, gdyż kątem oka widział jak dwaj ochroniarze z kasyna stojący przed wejściem zaczęli biec w ich stronę. Napastnik, gdy to spostrzegł przywalił mu z impetem w brzuch. Mdlejąc zdążył dostrzec swojego kumpla siedzącego na fotelu pasażera z dziurą w głowie.
Ochroniarze otworzyli ogień, lecz wojownik był niezwykle zwinny. Rzucił w jednego włócznią, przeszywając go na wylot oraz momentalnie uskoczył przed serią ze "Spluwy Tomiego", chowając się za stojącym opodal kubłem. Strzelający był już tylko wspomnieniem. Stał jak wryty patrząc się na dziurę w swoim korpusie wielkości dużego arbuza.
- A więc to prawda, co mówili o ranach postrzałowych z Karabinu Gaussa. - pomyślał. Po czym stracił przytomność.
Z kasyna wybiegło kilkunastu ludzi Mordino uzbrojonych w co tam tylko mieli pod ręką - pałki, kastety, noże, "tulipanki", jak i również wszelkiego rodzaju spluwy. Wojownik rzucił się w tłum jak w amoku. Wyciągniętym z pochwy "Rozpruwaczem" wypruł flaki jednym zamachem dwóm najbliższym zbirom. Trzeciego powalił na ziemię solidnym kopniakiem, a stojącemu obok niego zmiażdżył krtań kastetem. Snajper również nie próżnował - przestrzelił na wylot dwóch kolesi, a mózg kolejnego rozprysnął się dookoła... Mafiozi byli więcej niż zaskoczeni i w panice zaczęli strzelać na wszystkie strony. Jeden z nich odpalił serię ze swojej dziesięciomilimetrówki. Jego zdziwienie było olbrzymie - okazało się bowiem, że rozniósł dwóch swoich kompanów natomiast na tym wytatuowanym kolesiu widoczne były jedynie zadrapania. Biedaczek nie słyszał nigdy o skórnym pancerzu... O niczym więcej już nie usłyszał w swoim nędznym życiu dlatego, iż kawałki jego głowy znajdowały się w całym holu kasyna... Podobny los spotkał stojącego obok delikwenta. Kolejny z napastników zamłynkował kataną, zawirował w piruecie i ciął go w skroń. Jednak nie mógł równać się ze swoim przeciwnikiem ani siłą, ani zręcznością. Skąd mógł wiedzieć, że nie walczy ze zwykłym człowiekiem. Po dokonaniu w San Fransisco cybernetycznych wszczepów, osobnik ten niemiał sobie równych w walce wręcz. Błyskawicznie sparował cięcie na skroń "Rozpruwaczem", przerzucił go do drugiej ręki i ciął szermierza przez tętnicę udową. W jednej chwili doskoczył do kolejnego, tnąc go z półobrotu w szyję. Tamten próbował odskoczyć. Jednak zbyt wolno... Nagle nie wiadomo skąd w walczącą grupkę uderzył pocisk z rakietnicy. Przed wejściem leżała już tylko kupa śmierdzącego mięsa...
- Wygląda na to, że pancerz skórny nie jest przeciwpancerny. Zdaje mi się, że złożymy reklamację. A doktorek tak nas przekonywał, jaki to on jest wytrzymały. - powiedział młodzieniec w śmiesznym niebiesko-żółtym kombinezonie, uśmiechając się ironicznie. - Szkoda chłopa, ale nie przejmuj się zbytnio, każdemu się może zdarzyć. - stwierdził klepiąc po ramieniu stojącego nieopodal supermutanta. - Jednak mógłbyś wziąć parę lekcji strzelania od naszego pana barmana. Mówiąc to uśmiechnął się lekko i mrugnął nieznacznie do łysego mężczyzny z Karabinem Gaussa w rękach. Wskazując palcem na leżącego na ulicy alfonsa krzyknął do zielonoskorego - Podnieś to ścierwo i zmywajmy się!
Ten wykonał polecenie - podniósł nieprzytomnego czarnucha, odciął glowę jego kumplowi, po czym wszyscy trzej odjechali w siną dal.
Poszli na skróty bocznymi uliczkami - byli na strasznym głodzie.
- Czekaj! - powiedział Alex. - Lać mi się chce!
- Byle szybko, łajzo!
Gdy podszedł do kupy śmieci, momentalnie odskoczył. Podbiegł do brata wrzeszcząc i machając rękami.
- Co jest?
- Tam - wskazał ręką - leży trup!
Podbiegli do ciała.
- O co ja widzę - uśmiechnął się zielonowłosy - toż to jest zawszona dupa naszego kochanego Baldwina, bez tej jego tępej głowy, ale po tych alfonsich szmatach, zawsze go poznam. Ćpun jakich mało! Nawet nas przebijał. Co się tak gapisz ćwoku? - zmarszczył gniewnie brwi. - Nie stój tak, tylko go przeszukaj! Ci, co go tak urządzili, zerwali z niego całe złoto, ale może coś ciekawego obstawili dla sępów.
Czeronowłosy zaczął przeszukiwać ciało.
- Mamy fart! - krzyknął. - ma przy sobie trochę Jet.
- To jest kurna nasz szczęśliwy dzień. - powiedział, uśmiechając się plugawo. - Zerwij z niego jeszcze te ciuchy, za nie też coś dostaniemy. A teraz zmywajmy się zanim ktoś nas przyuważy.
Obydwaj odruchowo rozejrzeli się dookoła - byli w końcu bliżniakami.
- Poczekaj mam świetny pomysł! - stwierdził Alex wyciągając z kieszeni spray.
- Rusz dupsko, bo jak zobaczą nas tu mafiozi, przy tym zdechłym szmaciarzu, to po nas!
- Już, już! Spadaj jak pękasz, ja za chwilę przyjdę.
- Rób co chcesz to twój zad, ale daj mi te fanty, bo szkoda żeby przepadły gdy dostaniesz kulkę.
Wade ocknął się w ciemnym zaułku. Stało nad nim trzech gostków. Wielki supermutant, z jeszcze większą rakietnicą na ramieniu oraz gwiazdą szeryfa przypiętą do skórzanej kurtki. Łysy mężczyzna, z morderczym uśmiechem na ustach. Oraz ich szef - przystojny młodzieniec, w śmiesznym niebiesko-żółtym kombinezonie.
Przystojniak uśmiechnął się szyderczo.
- I co teraz dupku? Fajnie się jeździło moją bryką? Nawet nie wiesz jak się ucieszyłem widząc twój ryj w moim samochodzie, tam na pustyni. Wiedziałem, że wkrótce wpadniesz w moje ręce. Wiesz, nawet fajnie go przerobiłeś. Dzięki. Bardzo się cieszę - odzyskałem auto i w dodatku zarobię trochę na twojej dupie... Kiwnął głową do zielonoskorego, który odciął czarnemu głowę i wrzucił ją do plecaka...
- W nogi! - wrzasnął, wybiegając zza rogu.
Braciszkowie zwiali kilka ulic dalej i schowali się za kubłami pełnymi śmieci. Alex z trudem powstrzymywał głupkowaty śmiech.
- Kto cię gonił?
- Ludzie Mordino.
- To takie śmieszne, ty cwelu?
- Zgadza się! - wybuchnął śmiechem. - Ale muszą mieć teraz głupie miny.
Niski, krępy gangster oglądał ciało.
- To on? - spytał młody mężczyzna w garniturze.
- Bez wątpienia - potwierdził ten niski, wskazując tatuaż nagiej kobiety na pośladku trupa.
- Niech ja dopadnę tych co mi taką rozpierduche przed lokalem zrobili! Jedziemy! Macie ich dopaść bo jak mój ojciec się zdenerwuje, to wiecie kto będzie miał przerypane! I złapcie mi tego palanta, który nabazgrał to gówno! - wrzasnął wskazując napis na murze.
NARKOTYKI!!!
ZAŻYWASZ - PRZEGRYWASZ
Zocik - Choszczno, 29.08.2003r.