KOLEJNA PODZIEMNA TAJEMNICA AMERYKI
Są takie miejsca, w których nawet gdy posiada się stu
procentową pewność, że w promieniu kilku kilometrów nie ma
żywej duszy i tak odnosi się wrażenie jakby było się przez
kogoś obserwowanym. Do takich miejsc na pewno należała także
Golgotha, owiane złą sławą cmentarzysko leżące
kilkadziesiąt kilometrów na południe od New Reno. Śniło się
ono zapewne wielu mieszkańcom tego wyjętego z pod prawa
miasteczka w najgorszych koszmarach. Tu trafiali wszyscy
"niewygodni", którzy w jakiś sposób narazili się co
bardziej wpływowym osobnikom.
Umrzeć tu to zostać zapomnianym na wieki, pomyślał Vincent.
No i o ile nie spłynie na niego za moment żadna łaska
przyjdzie mu podzielić los
pozostałych zakopanych. Będzie miał teraz doborowe
towarzystwo. W końcu na pewno większość z tu
"obecnych" było za życia mordercami, złodziejami,
gwałcicielami, czy też innymi ludźmi o nie do końca
anielskich życiorysach.
- Kop, Vince - odezwał się Paulie, jeden z dwóch ludzi
wyznaczonych przez Jesusa Mordino do pozbycia się niewygodnego
balastu jakim był Vincent.
- No co tak się gapisz? Kop - powiedział drugi z nich, Jose.
Do spełnienia ich prośby przekonał Vince'a przede wszystkim
jeden argument, a mianowicie wycelowana w jego plecy dubeltówka.
Chwycił za łopatę i bez przesadnego entuzjazmu zaczął kopać
dół, w którym już nie długo miało przyjść mu spocząć na
wieki. No, przynajmniej do czasu kiedy zupełnie nie zjedzą go
robaki, o ile tu w ogóle jakieś żyją. Pewnie tak, jakieś
wielkie zmutowane genetycznie dżdżownice.
Swoją drogą to ciekawe czemu w obliczu śmierci, kiedy ofiara i
tak wie, że gdy tylko skończy kopać zostanie zabita, daje się
jeszcze wrobić w tę harówę. Skoro przed śmiercią nie ma
ucieczki, to może po prostu lepiej powiedzieć "pocałujcie
mnie w dupę i sami sobie kopcie". Może, ale taki człowiek
chyba aż do końca ma cień nadziei, że uda mu się jednak
przeżyć. Tak samo i teraz taki płomyk tlił się jeszcze w
podświadomości Vince'a.
Paulie i Jose usiedli dwa metry za Vincentem i przyglądali się
jego pracy.
- Widzisz, Vince i po co ci to było? - odezwał się Jose -
Byłeś przecież tak dobrym pracownikiem, zarobiłeś dla szefa
tyle kasy, ale... No właśnie, wszystko przez to małe
"ale". Za mało ci płacił, czy jak? Po cholerę
urabiałeś go za jego plecami. Myślałeś, że nie wyjdzie
nigdy na jaw, że podpieprzałeś drobne prowizje z każdej kasy,
która przeznaczona była dla Big Jesusa? Heh, no i kolejny dobry
pracownik przez swoją głupotę musi zasilić
"reprezentację" Golgothy.
- Kop, kop - ponaglił Paulie - Chciałbym jeszcze zdążyć
wrócić do Reno na niedzielną walkę bokserską.
- A kto boksuje w tym tygodniu?
- Jacyś przyjezdni leszcze, ale podobno są nieźli...
Przez ostatnią godzinę, a może i dłużej, Vince
wykopał już spory dół. Niestety pracy nie ułatwiali mu Jose
z Pauliem. I nie chodziło już nawet o to, że nie zdecydowali
się mu pomóc, bo to akurat nie było specjalnym zaskoczeniem.
Najgorsze były te ich ploty. Nawijali praktycznie non stop.
Momentami Vince miał wrażenie, że ma do czynienia z parą
plotkarek, a nie facetami od mokrej roboty pracującymi dla
rodziny Mordino.
- ... podobno Angela Bishop jest w ciąży - tu Jose zaśmiał
się krótko - Stary John nie wie nawet kto zrobił jej tego
dzieciaka.
- Nic dziwnego zresztą - stwierdził Paulie i pociągnął z
butelki kilka łyków piwa - Ta mała puszcza się z każdym
kolesiem, który się nawinie.
- Po Jet'cie chyba większości jest już wszystko jedno gdzie i
z kim. Daje kopa, nie da się zaprzeczyć.
Gdyby Vincent był choć odrobinę odważniejszy mógłby po
prostu teraz odwrócić się na pięcie i zatłuc obydwu
zajętych rozmową bałwanów. No ale chyba jednak sama odwaga by
nie wystarczyła. On chyba nie byłby nigdy w stanie nikogo
zamordować. Niestety, dla nich zabijanie było chlebem
powszednim. Głuchy, metaliczny dźwięk przerwał jego
rozmyślania. Najwyraźniej jego łopata trafiła na jakiś
metalowy przedmiot. Czyżby kopał w miejscu, w którym kiedyś
już kogoś pochowano?
Uderzył łopatą jeszcze raz kilkadziesiąt centymetrów dalej.
Ten sam odgłos metalu uderzającego o metal. He he, na koniec
swojego marnego życia wykopał skarb. No bo co by to mogło być
jak nie skrzynia.
- No co stanąłeś? Kop - odezwał się Jose.
- Nie mogę, trafiłem na coś zakopanego pod ziemią.
- To znaczy na co? - chciał wiedzieć Jose.
Vince wzruszył ramionami - Nie mam pojęcia, chyba jakąś
skrzynię.
Obydwaj oprawcy momentalnie się ożywili, jakby zwietrzyli
jakąś zdobycz.
- To wykopuj to - powiedział Paulie i poderwał się z ziemi -
Ty, może to jakaś amunicja, albo broń. Ludzie Bishopa też
pewnie tu przychodzą i cholera wie co mogliby zakopać.
Jak się jednak już chwilę potem okazało wcale nie mieli do
czynienia ze skrzynią.
- Co to ma być? - zapytał Paulie.
- Jakiś właz - wysunął teorię Jose.
- Ale do czego?
- A bo ja wiem. Może do jednego z tych legendarnych bunkrów.
- Do krypty? No co ty, na pewno nie.
- No to nie wiem.
- Poza tym ktoś musiał to zasypać już jakiś czas temu,
pewnie z parędziesiąt lat. Ciekawe czy dało by radę
otworzyć.
Jose wyraźnie miał zamiar się sam o tym przekonać. Chwycił
za metalową rączkę i szarpną z całej siły. Jednak nic z
tego, klapa ani drgnęła.
- Pomóż mi - syknął.
Paulie złapał obok i razem spróbowali sobie z tym poradzić. I
tym razem im się nie udało, ale płyta jakby wreszcie
drgnęła.
- Vincent łap z nami i ciągnij z całej siły - nakazał Jose.
W końcu w trójkę, wypruwając z siebie flaki zdołali oderwać
klapę, potem poszło już gładko.
- Przepuklina gwarantowana - stęknął Paulie.
- Nie marudź, patrz! - odezwał się Jose.
Za klapą znajdowała się krótka drabinka, prowadząca wprost
do jakiegoś ciemnego korytarza.
- Ja cię nie mogę, co to? - zapytał Paulie.
- Nie mam pojęcia. Masz latarkę?
Paulie skinął głową i wyciągnął latarkę z plecaka.
Następnie wręczył ją Jose'mu. Ten poświęcił w głąb
tunelu, nie wiele jednak mógł zobaczyć z tej perspektywy.
- Ale jaja - powiedział - Może by tam zjeść i zobaczyć co
to?
- No nie wiem - powiedział Paulie - A co z eliminacją Vincenta?
- Może poczekać - powiedział Jose - Na razie przydać się
może jako mięso armatnie.
- Co masz na myśli?
- No puścimy go przodem, jakby co to on oberwie, a my zdążymy
uciec. No dalej, złazimy.
- Eh, no dobra. Słyszałeś, Vince, złaź na dół.
No i jakiż Vincent miał wybór. Niewielki, zdecydował jednak
wykonać i to polecenie. Zgramolił się po drabince prosto w
dół. Zaraz za nim podreptali Jose z Pauliem. Ten drugi nie
spuszczał go z celownika, pierwszy oświetlał drogę latarką.
Korytarz był dosyć wąski i bez wątpienia nie krótszy jak
kilkadziesiąt metrów. Vince nieco zdezorientowany tą sytuacją
szedł przed siebie nawet nie starając się zastanawiać co to
za miejsce.
- No dalej, dalej - poganiał z tyłu Paulie.
Kilkanaście metrów dalej natknęli się na jakieś potężnie
wyglądające, stalowe drzwi. Podobne do tych jakie Vincent
widywał w Vault 8, należącej do Vault City, w którym to też
się urodził i mieszkał do dziewiętnastego roku życia. Te
spostrzeżenia jednak zachował dla siebie, niby w końcu
dlaczego miałby się zwierzać dwóm kolesiom, którzy planują
posłać go do piachu? Z resztą to raczej nie była jakaś inna
krypta, przynajmniej Vince'owi tak się wydawało.
- No i kupa - mruknął Paulie - Koniec wyprawy.
Jose jednak nie miał zamiaru od razu wracać, nie spróbowawszy
jakoś przedostać się dalej. Rozejrzał się uważnie
oświetlając drzwi i ich okolice latarką. W końcu dostrzegł
zamontowany tuż przy nich malutki komputerek. Vincent od
początku wiedział gdzie on się znajduje, wiedział także jak
on działa i do czego może posłużyć. W gwoli ścisłości:
może nie wiedział, ale był prawie pewny bazując na swoich
doświadczeniach z Vault City.
- Może jakoś tym dziadostwem się da? - zapytał, chyba sam
siebie, Jose.
- Nie wiem, nie znam się na elektronice - wyznał Paulie.
Wtedy Vince doszedł do wniosku, że jeżeli ci dwaj jego
przyszli oprawcy drzwi otworzyć nie zdołają, na pewno
zdecydują się wrócić, każą wykopać mu kolejny dół i
zrobią to co już dawno planowali. Jeśli jednak powie im jak
skorzystać z terminala to być może opóźni nieco swoją
egzekucję. W prawdzie co się odwlecze to nie uciecze, ale do
końca pozostaje jakaś nadzieja...
- Ja potrafię je otworzyć - odezwał się niepewnym głosem.
Zabrzmiał teraz jakby od kilku godzin nie miał w ustach niczego
do picia. No proszę, co za zbieg okoliczności, przecież
dokładnie tak było!
Obydwaj spojrzeli na niego nieco zaskoczeni.
- No proszę, nasz "mózg" się odezwał - prychnął
Paulie - No ale otwieraj, "mistrzu".
Vince miał teraz tylko nadzieję, że to stare żelastwo nadal
działa, jeśli nie, może zapomnieć o tych dodatkowych minutach
życia, które mógłby zyskać. Ku jego satysfakcji terminal
zadziałał poprawnie i drzwi z dosyć nietypowym hałasem
podniosły się do góry otwierając całej trójce drogę do
dosyć obszernego pomieszczenia. Nim Jose zdecydował się
wejść do środka, czy nawet posłać na zwiady Vince'a,
poświecił do środka latarką. W centrum stał jakiś potężny
komputer, przypominający sporych wielkości regał zbudowany z
procesorów. Przy ścianach natomiast rozstawione były stalowe
szafki. Jedna z nich była otwarta na oścież, a w środku... o
ile wzrok Jose'go nie mylił... To mu wyglądało na miotacz
ognia. Ba, wyglądało na to, że jest w nienajgorszej kondycji.
Logika podpowiadała, że pozostałych szafkach także mogą
znajdować się różne cudeńka. Zwabiony tym widokiem niczym
mysz żółtym serem, Jose wszedł do środka i podbiegł do
pierwszej z brzegu szafki. Otworzył ją (nie była zamknięta na
zamek) i...
- Paulie, chodź tu! - krzyknął - Ale czad!
Paulie popychając Vince'a lufą od strzelby wszedł do środka i
podszedł do swojego kolegi. Szafka, przy której stali po brzegi
wypełniona była różnego rodzaju amunicją.
- Jak myślisz, co to za miejsce? - zapytał podekscytowanym
głosem Paulie.
- Bo ja wiem. Może jakiś stary magazyn wojskowy. Co za
różnica.
Otworzył kolejną szafkę, tu znajdowało się sporo pistoletów
energetycznych.
- Tak czy siak to wszystko tu jest warte kupę kasy.
- Mordino da nam za to premię - powiedział zadowolony Paulie.
- Ale za nim mu o tym powiemy zabierzemy ze sobą tyle sprzętu
ile zdołamy unieść.
- Po co?
- Skąd on ma niby wiedzieć ile tu tego było? Weźmy sobie
trochę i opylimy za jego plecami. To jak podwójna premia, a
może nawet potrójna. - powiedział Jose.
- Jeden taki co próbował urabiać Mordino jest tutaj z nami -
burknął Paulie.
- E tam, on urabiał go regularnie, a my tylko raz. Tak na dobrą
sprawę to wcale nawet nie musielibyśmy mu o tym mówić, więc
to i tak nasza dobra wola. O to mój plan: pakujemy do plecaków
tyle sprzętu ile się da, tymczasowo zasypujemy ten właz,
rozwalamy Vincenta i wracamy do Reno z dobrą wiadomością.
- Ok, niech będzie - zgodził się Paulie.
Jose zadowolony pokiwał głową - Ja będę pakował a ty pilnuj
pana "sprytnego". Tu jest tyle broni, że lepiej nie
spuszczać go z oka.
Jak już miałbym wykorzystać tę sytuację, pomyślał Vince,
to po prostu wybiegłbym na zewnątrz i zamknął ich tam w
środku. Potem nastawił na terminalu godzinę o której drzwi
otworzyć mają się ponownie i prysnął gdzieś daleko,
najlepiej z powrotem do Vault City. Tak, tam przynajmniej czułby
się bezpieczny. Papiery obywatela miasta zostały w prawdzie w
jego biurze w New Reno (a tam wolałby nie wracać), ale
przecież w końcu na miejscu jest w stanie potwierdzić swoją
tożsamość, a i nikt też chyba w VC nie wie o jego
współpracy z organizacjami przestępczymi z Reno.
Pewnie nawet zrobiłby dokładnie tak jak właśnie sobie to
obmyślił, ale niestety Paulie nie spuszczał go z oka, a co
gorsza z muszki.
Obsesyjne wręcz napełnianie plecaków magazynkami i bronią
przerwał Jose'mu dźwięk dobiegający z centralnej części tej
sali, a dokładniej ujmując z komputera.
- Dzień dobry - rozległ się głos - Proszę o identyfikację.
Lekko przestraszeni w pierwszej chwili Paulie i Jose odetchnęli
z ulgą. To tylko komputer...
- Proszę o identyfikację - powtórzył komputer. - Pozostaje 10
sekund do potwierdzenia tożsamości i uprawnień do przebywania
na terenie magazynu. Obydwaj, na razie niedoszli, egzekutorzy
Vince'a zupełnie olali prośby komputera. Żaden z nich nie
miał zamiaru zwracać uwagi na ten cały elektroniczny bełkot.
Dopiero, gdy po upływie limitu czasu drzwi, którymi się tu
dostali zamknęły się z trzaskiem, zamarli.
- Co jest? - zapytał Jose.
- Ostania szansa na identyfikację - odezwał się komputer - W
przypadku nie podania odpowiednich danych rozpocznę proces
likwidacji. W świadomość całej trójki zaczynał się
wdzierać pewien niepokój.
- O co tu chodzi? - odezwał się Paulie.
- Ostateczny limit czasu upłynął - rozległ się głos
komputera. - Rozpoczynam proces likwidacji jednostek
nieupoważnionych.
Wtedy ciało Jose'go przeszło szereg silnych skurczy. Został
porażony prądem. Wydarł się w niebogłosy i zaczął
trząść się niczym mokry pies otrzepujący się z wody.
Wszystko to trwało zaledwie pięć sekund. Potem Jose padł
plackiem na ziemię. Jego ciało jeszcze trochę podrygiwało,
ale on bez wątpienia był już martwy.
Przerażony tym widokiem Paulie rozdziawił szeroko usta i niczym
sparaliżowany stał i wpatrywał się w martwe ciało Jose'go.
Wtedy za jego plecami rozległ się metaliczny odgłos. Paulie
odwrócił się na pięcie i dostrzegł przymocowane do ściany i
celujące w niego dwie lufy. Zaraz potem seria strzałów
maszynowych posłała go na podłogę. Wokół niego powstała
rozległa kałuża krwi.
Vincent skulił się i schował twarz w dłonie oczekując
najgorszego, ale nic więcej drastycznego się już nie działo.
- Witam generale Dixon - odezwał się komputer.
Vince powoli opuścił ręce i niepewnie rozejrzał się po sali.
Czyżby nic nie miało zamiaru go zabić?
- Witam generale Dixon - powtórzył komputer.
Vincent spojrzał na niego otępiałym wzrokiem - Mówisz do
mnie.
- Oczywiście generale Dixon.
Vince oczywiście nigdy w życiu nie był generałem, ani też
nie nazywał się Dixon. Nie miał pojęcia dlaczego ten
cybernetyczny twór za takowego go ma, ale zwęszył w tej
pomyłce swoją szansę na przeżycie.
- Witam. - powiedział.
- W czym mogę służyć generale? - zapytał komputer.
- Ja... - Vince zastanowił się chwilę - Chciałbym stąd
wyjść...
- Oczywiście, generale Dixon.
Zaraz potem drzwi otworzyły się ponownie. Vince pełen
niepewności i obaw, nie dowierzając temu co miału tu miejsce,
powili opuścił salę. Gdy tylko był na zewnątrz rzucił się
biegiem wzdłuż korytarza. Dopadł drabinki i wdrapał się na
powierzchnię. Mimo dużego zmęczenia zaczął biec przed
siebie. Zatrzymał się dopiero kilkaset metrów dalej gdy już
zupełnie opadł z sił...
© Adam 'EFC' Turczak - 15 czerwca 2002