KULKA
Wysoki brunet przejechał palcami po brwi. Poprawił grzywkę. Sprawdził magazynek, przetarł rękawem soczewkę od lunety. Przez przezroczysty magazynek policzył naboje. Odciągnął bezpiecznik, wysunął magazynek. Chwilę szperając po kieszeni kamizelki wyciągnął pociski. Wybrał trzy jednakowe i wcisnął je do magazynka. Walnął pięścią w broń, odbezpieczył. Uśmiechnął się.
- I co się szczerzysz? - Mruknęła przypatrująca się mu dziewczyna. Odruchowo poprawiła krwisto czerwone włosy sięgające policzków. Uśmiechnęła się rzucając w niego kamykiem.
Brunet złapał kamyk lewą ręką. Uśmiechał się w wiele znaczącym uśmiechu. Puściwszy kamyk, złapał karabin i wychylił się za wyłom skalny. Ułożył się wygodniej wtapiając się w kamieniste zbocze. Patrzył chwilę wytężając wzrok po skałkach i załomach poczym przycisną oko do lunety. Wypatrzył poruszający się cień za jednym z kamieni. Zamarł.
- Skurwiele - mruknął łysy facet. Nerwowo zapalił papierosa. Przyłożył go do ust trzęsącymi się rękami. Chwilę trwał w bezruchu poczym oparł się o skałę. Wypuścił szary dym z ust.
- Zabijesz się tym kiedyś stary - szturchnął go kolbą pod żebro siedzący obok ćpun. Łysy zaklął.
- Jeśli wcześniej nie zrobią tego te skurwiele.
Ćpun popatrzył na leżącego Johna. Z zacięciem na ustach wpatrywał się szklistym okiem w niedaleki wąwóz. Rozrzucone ręce, nienaturalnie wykręcone nogi, olbrzymia dziura pod lewą łopatką. Zakrzepła czarna krew w okuł.
- Ćpun westchnął, wyciągnął małą tabakierkę z kieszeni w bluzie. Nasypał brązowy pasek proszku na rękę. Wciągnął go w obie dziurki. Łysy przypatrując się mu miał ochotę palnąć go przez łeb podczas wciągania. Opanował się.
- To też szkodzi zdrowiu.
- Nie szkodzi.
- Przeszkadza w strzelaniu.
- Trochę szkodzi - uśmiechnął się ćpun. Wytarł rękę o pobrudzone niebieskie spodnie.
Rozległ się gwizd.
Zza sąsiedniej skały dawał znaki Jeremy.
- Co? - Syknął ćpun.
Chłopak splunął. Pokazał na wąwóz i broń, coś przy tym mówiąc.
- Kur... - nie słychać go w ogóle! - Niecierpliwił się ćpun.
- Skurwiel - mruknął Jeremy. Pokręcił głową oglądając się na dziewczynę za nim. Ta wzniosła oczy ku niebu.
- Powiedz mu, żeby rzucił nam jedną ze świec! - Skrzywiła się
- A co ja do cholery mówię?! - Odwrócił się do ćpuna. - Rzuć nam te świece!
- Piece? - Mruknął ćpun
Łysy zaciągnął się papierosem.
Uśmiechnął się
- Nie no, ten debil chce chyba bym się wychylił i mu powiedział to na ucho...
Oddalony od nich kilkaset metrów snajper leżał nieruchomo wpatrując się między dwie skały. Jeden z cieni zmieniał co chwila swoją pozycję. Snajper z uśmiechem na ustach leżał wśród skał na zboczu.
- Chodzi mu o świece - poklepał po ramieniu ćpuna.
Ćpun obejrzał się na łysego.
- Po co im?
- Gdybyś nie ćpał tyle, to byś wiedział. - odpowiedział łysy
- Dupek - skomentował.
Odwrócił się do Jeremiego.
- Nie mamy świec! - syknął.
Jeremy przyłączył rękę do ucha zwijając ją w trąbkę.
- Nie mamy świec! - powiedział głośniej ćpun lekko się wychylając.
Rozległ się strzał. Rozniósł się echem między skałami, powtórzył się w wąwozie. Zaległa cisza. Snajper się uśmiechnął.
Łysy z obrzydzeniem zrzucał z siebie resztki mózgu ćpuna. Jego bezgłowy korpus leżał wychylony zza skały. Jeremy wpatrywał się przerażony w krwistą miazgę. Dziewczyna za nim klęła.
- Ja pierdole! Ja pierdole! - powtarzał łysy. Z obrzydzeniem na twarzy strzasnął z siebie kawałek białej tkanki mózgu ćpuna.
Łysy rozkleił się. Wyjąc potępieńczo chwycił granat, rzucił nim daleko za skałę. Rzucił kolejny, już odbezpieczony, który eksplodował zasłaniając wszystko kurzem.
Snajper zaklął.
Nagle, jak spod nóg, wyskoczył zarośnięty facet. Ciągnąc za sobą burzę poskręcanych włosów długimi skokami, trzymając w jednej ręce broń, uciekał do wąwozu.
- Rozwali go! - Dziewczyna krzyknęła.
Jeremy wpatrywał się z przerażeniem na zarośniętego.
Łysy krzyczał.
Rozległ się strzał.
Ciało zarośniętego zbite w atletycznym, pięknym skoku wbiło się w ziemię. Trafiony przekoziołkował jeszcze trochę, aż zatrzymał się w groteskowej pozie, wypięty do strzelającego.
Snajper odczekał chwilę. Odczołgał się za załom skalny i usiadł opierając się o niego. Spotkał wzrok rudej.
- Dwu - mruknął.
Popatrzyła na niego.
Brunet, lekko spocony, z rumieńcem na twarzy strząsnął pot z czoła. Przeładował powoli broń. Z dala słychać było krzyki.
- To oni napadli na tamtą karawanę. - mruknął.
- Poznałeś kogoś? - Uniosła na niego oczy
- Ostatni był tym, co postrzelił Barakudę. Zarośnięty, z malunkiem na gaciach.
- Na tyłek się patrzyłeś? - Uśmiechnęła się.
- Nie, wypiął się - Roześmiał się. Chwile patrzył na nią, tak że dziewczyna chcąc nie chcąc spuściła wzrok.
- Jeszcze minimum dwu zostało. - Mruknął. - Życz mi szczęścia. - Podczołgał się za załom.
Łysy zdenerwowany zapalił kolejnego papierosa. Nie panował nad sobą. Odczołgał się jak najdalej od trupa ćpuna, ale nadal bał się tego trupa. Bał się, że bezgłowy trup za chwilę wstanie. Nie spuszczał z niego wzroku. Łysy ładował się strachem.
- Wyjdź. Pokaż się - myślał snajper. Nie bój się. Zaryzykuj cioto. Debilu. Już odszedłem, nie ma mnie tu. Jesteś bezpieczny. Snajper odszedł. Uwierzyłem, że kudłaty był tobą. Pokaż się. Widzę twój cień. Widzę dwa cienie. Chodźcie owieczki. Bee, bee, zły wilk was nie zje - zachichotał. - Nie zje, ale rozwali wasze bezmózgie, tępe głowy. Pokaż się.
Pociągnął za spust.
Łysy odskoczył od trafionego pociskiem ciała ćpuna. Zdawało mu się, że ćpun ruszył się. Widział jak trafiony kulą przesunął się, ale miał wrażenie, że ciało jeszcze drży. Bał się. Bardzo się bał.
- Wyjdź, nie bój się. Przestrasz się! - Myślał snajper. - Uciekaj. Podwiń ogon, uciekaj. Wąwóz. Kilkanaście metrów obok ciebie. Zaryzykuj. Skocz. Biegnij.
Nagle, nieoczekiwanie, jeden z nich się zerwał. Snajper natychmiast namierzył, strzelił, ale chybił. Nieoczekiwanie, zaczął uciekać nie ten co miał. Zaskoczony, namierzył go, sunął za nim celownikiem.
Jeremy pędził ile sił w nogach. Zaczął biegać na boki, kluczyć. Usłyszał strzał, biegł dalej. Nagle tuż przed nim wyprysł gejzer piachu. Padł na ziemię, wpadł w jakiś dołek. Kurczowo ściskał swoją szczęśliwą kulkę. Patrzył na wąwóz. Oddalony od niego o kilka metrów. Nie więcej niż dziesięć. Kilka sekund biegu. Upragnione zwycięstwo, wygrana. Życie.
Obok bruneta pojawiła się ruda. Podczołgała się cicho z własną bronią. Blisko. Lekko zdenerwowana, czy podniecona mruknęła do bruneta.
- Trafiłeś?
Snajper cały czas wpatrując się przez lunetę mruknął krótkie:
- Nie. Jest tam.
Dziewczyna przez lornetkę przyglądała się dolince.
Łysy znów rozkleił się. Zaczął wrzeszczeć, i wybiegł zza skały.
Jeremy, wykorzystał sytuację, wyskoczył z dołka, odbił się od ziemi i skoczył w kierunku wąwozu.
Dziewczyna Jeremiego patrzyła przerażona na łysego. Ten odbiegając od trupa ćpuna, chwila się oglądał. Strzelał gdzieś w wzgórze, płakał, łkał, łykał łzy.
Rozległ się strzał. Ruda poklepała go po ramieniu. Snajper się uśmiechnął.
Łysy wpadł do jakiejś dziury. Kurczowo ściskał broń, patrzył załzawionymi oczyma na padającego Jeremiego. Jeremy padł na kolana. Na plecach, w okolicy lewej łopatki, pojawiła się czerwona plama. Z jękiem padł na ziemię, a z dłoni wypadła jego czerwona kulka. Poturlała się między kamykami, wśród żwiru.
Łysy obejrzał się na dziewczynę. Wpatrywała się jeszcze chwilę w martwego przyjaciela. Popatrzyła na łysego zrezygnowanym wzrokiem. Ściągnęła automat z ramienia, oparła go o skałę i powoli uniosła ręce nad głowę. Wstała z klęczek odwracając się w stronę wzgórza.
Łysy też podniósł ręce. Spoważniał. Wziął się w garść. Nie mógł zrozumieć swojej głupoty. Wstał z kolan, podniósł się twarzą do wzgórza. Oślepiło go słońce.
- Poddają się - Ruda mruknęła.
Brunet zlustrował całą okolicę. Przejechał po każdym kamieniu wzrokiem.
- Kenny! - Zawołał do tyłu. - Sprawdź tamtych w dolince, weź ze sobą kogoś i przyprowadź ich obu. Ja będę osłaniać.
Młody chłopak zerwał się z małego kręgu ludzi pod nawisem skalnym. Szturchną jednego z siedzących, popatrzył na swoją ostatnią kartę, i rzucił ją na kupkę innych.
- Chłopaki - powiedział wesoło - nie myślałem, że dacie mi zejść. - Wziął swój automat i biegnąc truchtem skierował się do dolinki.
Dziewczyna i łysy wyszli zza skał stojąc niepewnie, w oczekiwaniu kulki.
- Ange - mruknął brunet. - Wybierasz się do Den?
Ruda uśmiechnęła się.
- Czemu nie? Bar Becky dawno mnie nie gościł.
Brunet ostatni raz spojrzał przez lunetę. Złowił ruch kątem oka.
Mała czerwona kulka na szczęście, oblepiona krwią właściciela dotoczyła się do wąwozu.
© 2004 Krzysztof 'Ufiak' Przybysz