ODYSEJA NARGA
Był ranek. Słońce wylało się z za widnokręgu, obejmując
swymi promieniami wyjałowiałe pola Arrayo. Narg był gotowy.
Rada plemienna, postanowiła poddać go ostatniej próbie, przed
wyruszeniem w wielką misję. Pełen hartu, z poważną miną
stał przed Świątynią Prób. Strażnik stojący za nim
skinął swą dzidą, pokazując Nargowi wejście. Ten
przytaknął mu głową, i wszedł. Przekraczając próg, czuł
tą nieprzyjemną woń ogromnych mrówek, które były zmorą
Arrayo. Wyciągnął zza pleców swój niedawno wyciosany przez
Hakunina oszczep, i przyśpieszył kroku. Czuł podniecenie.
Wiedział, że jeśli mu się powiedzie wyruszy jeszcze dziś.
Zza kolumny wyskoczył na niego pierwszy przeciwnik, była to
mrówa, zasyczała swym charakterystycznym głosikiem, i
wyrywając do przodu, podjęła próbę zranienia Wybrańca w
nogę. Narg jednak szybko odskoczył, i wbił mrówce dzidę w
jej ohydny tułów, ta syknęła z bólu, i upadła.
Narg z nikłym uśmiechem, wyciągną dzidę z ciała, i poszedł
dalej, idąc długim tunelem napotkał więcej ohydnych
stworzeń. W końcu doszedł do ogromnej komory, która była
centrum świątyni. Większą część podłogi komory zajmowało
duże wgłębienie, na dnie którego widniało coś w rodzaju
zniszczonej rury kanalizacyjnej z której wypływała woda.
Za jedną z kolumn coś zaszeleściło, był to młody Czerwony
Skorpion. Zaatakował on Narga pierwszy; cios żądłem był
celny, Narg został otruty. Po chwili wbił głęboko w głowę
skorpiona dzidę, ale obraz już zaczął mu się rozmazywać.
Idąc na oślep trafił na ścianę, która była wypełniona
otworami, z jednego z nich wyjął butelkę. Litery były na tyle
wyraźne, że udało mu się przeczytać zakurzony napis na
plakietce: Antidotum. Wypił szybko zawartość butelki, usiadł
i po około 5 minutach wszystko wróciło do normy. Rana w nodze
przestała też krwawić. Narg wstał. Przeszedł przez kila
następnych korytarzy, i zobaczył swojego mistrza.
- A więc jesteś Wybrańcze.
- Tak mistrzu, co się teraz ze mną stanie?
- Za chwile przejdziesz przez ostatnią próbę- musisz mnie
pokonać.
- Czy to konieczne, Mistrzu?
- Tak, Wybrańcze musisz być dobrze przygotowany do swej misji.
- Jakiej misji? o co w tym wszystkim chodzi??
- Dowiesz się w swoim czasie-powiedział wystawiając pięści.
Zadał Nargowi szybki cios, ten odsuną się przyciskając ręką
uderzoną twarz.
- Walcz Wybrańcze, nie masz wyboru.
Narg wystawił pięści i zaczęła się wymiana ciosów. Po
kilku seriach, obydwoje mieli zakrwawione nosy, i wtedy Narg w
dopływie siły uderzył Mistrza z taką mocą że ten obrócił
się i upadł. Po chwili jednak wstał i biegnąc w stronę
wejścia krzyknął - otwórz drzwi które masz przed sobą
Wybrańcze.
Chodziło mu o drzwi wyjścia, którymi miał się wydostać
Narg.
Następne 20 minut, spędził próbując wyważyć zamek w
małych wrotach. Nie udało mu się to jednak. Zobaczył po
chwili wysoki podłużny dzban, do którego zajrzał. Leżała
tam paczuszka plastiku, wraz z zapalnikiem. Minutę później
był na zewnątrz......
Narg wyszedł dumnym krokiem przez drzwi świątyni, przystaną
przed czekającym już na niego strażnikiem, który teraz
prowadził go do niewielkiej komory bocznej, która mimo iż
była częścią świątyni, nie miała jakiegoś wewnętrznego
wejścia. Można się było dostać do niej tylko wejściem od
zewnątrz, do którego zmierzali, mijając po drodze gapiących
się, wychudłych i zdegenerowanych mieszkańców Arrayo. Narg
zawsze zastanawiał się, co kryło się za tymi drzwiami, jego
złośliwa ciotka, straszyła go że jest tam zamknięty
wściekły brahmin, któremu co rok wrzuca się jedno niegrzeczne
dziecko na pożarcie. Teraz Narg mógł się przekonać co
naprawdę kryły za sobą drzwi. Gdy strażnik otworzył je
starym, dużym kluczem, oczom Narga ukazał się długi korytarz,
prowadzący do oświetlonego podwyższenia. Nieco ponad
podwyższeniem, wisiał legendarny strój- niebieskie spodnie, i
bluza z żółtym numerem 13. Narg znał dobrze historię jej
poprzedniego właściciela- wiedział o misji, jaką odbył jego
przodek. Strój ten był tematem legend i opowiadań, jakie
krążyło po Arrayo. Mimo iż nie była to duża wioska, jej
mieszkańcy posiadali jeszcze swą kulturę, która zacierana
była coraz mocniej przez głód i niedostatek. Strażnik
kiwnął na Narga, dając mu znak
- Załóż to Wybrańcze, oto i strój twego przodka, który
przybył tu 80 lat temu, i założył Arrayo. Tu także, jak
wiesz bowiem, nastał kres jego misji. Czas, abyś ty zaczął
swoją.
- Wciąż nic nie rozumiem...
- Nic nie mów - przerwał strażnik.
Gdy Narg się ubrał, strażnik kiwnął aby szedł za nim.
Prowadził go do Elder, starszej Arrayo.
Narg staną w wejściu do szałasu Starszej. Zobaczył postać
siedzącą przy stole, miała na sobie stary, gruby płaszcz, i
narzucony na głowę kaptur. Jej głowa była pochylona, ale po
sylwetce Narg wiedział że to Ona. Nagle odezwał się cichy,
nieco skrzekliwy głos:
- Podejdź Wybrańcze, musze powiedzieć Ci coś ważnego. Jak
wiesz nasza wioska ciągle upada, wyjałowiona gleba przestaje
przynosić jakikolwiek pokarm, brahminy masowo umierają i
chorują, dzieci rodzą się chore, kalekie. Kiedyś, był tu
człowiek imieniem Vic...-powiedziała Starsza, i podnosząc
nieco głowę wyciągnęła z płaszcza stalową niebieską
butelkę z trzynastką- był to handlarz, który podróżując
trafił do naszej wioski. Wspominał on kiedyś o narzędziu
zwanym GECK, które podobno jest w stanie pomóc naszej
podupadającej wiosce. Musisz się śpieszyć Wybrańcze. Wielki
Kres się zbliża dla Arroyo, tylko GECK może sprawić, że
wioska znowu odżyje. Pośpiesz się. Nie mam zbyt wiele, jedyne
co mogę Ci zaoferować to kilka woreczków z prochem leczniczym
szamana, nóż i nieco pieniędzy. Ale nie martw się, gwiazdy
mówią że szczęście będzie ci sprzyjać. Podążaj do
Klamath, Vic ma tam swą siedzibę, pomoże ci on odnaleźć
GECKa.
Narg bez żadnego słowa zgody lub dezaprobaty wyszedł z namiotu
kłaniając się i dziękując, wiedział, że spotkał go wielki
zaszczyt.
Był już prawie gotowy do drogi, postanowił jeszcze poprosić o
przepowiednię lokalnego szamana. Wszedł do wypełnionego
halucynogennym dymem szałasu Hakunina, szaman stał odwrócony
do niego, przyrządzał jeden ze swych tajemniczych wywarów. Po
chwili odwrócił się i zaczął nieco ochrypłym, tajemniczym
głosem
- Witaj Wybrańcze, czym mogę ci służyć?
- Witaj szamanie-odparł Narg_ chciałbym cię zapytać, co duchy
sądzą o mej misji.
- Usiądź Wybrańcze - odparł Hakunin pokazując palcem na maty.
Ułożone były w okrąg, w środku którego tliło się
ognisko. Maty te zajmowały większość namiotu, i nadawały mu
niezwykły wygląd. Szaman miał całą twarz w tatuażach, z
kołnierza ciężkiego płaszcza wystawały kości, które
tworzyły swoistą koronę szamana, był to niezwykły widok.
Szaman wrzucił do ogniska jeden z proszków, które leżały na
półce w kącie namiotu, Narg czuł że środki halucynogenne
zaczynają działać na jego nozdrza, po chwili ogień z ogniska
zamienił się w przedziwny obraz: Narg widział dwie
człekokształtne istoty, walczą ze sobą, obydwie miały grube
stalowe pancerze, jeden był niemal dwa razy wyższy, ale ten
mniejszy i tak go zniszczył, Narg zasłuchany w dziwne
pohukiwania szamana widział w swej wizji ogromne twory, które
niszczą Arrayo, zobaczył przedziwne miasto, mimo swych
ogromnych rozmiarów było ono wręcz sterylnie czyste.
Następnie, zobaczył dziwnych skośnookich ludzi,
przyglądających mu się z zadziwieniem. Wizja trwała jeszcze
jakiś czas, lecz Narg nic więcej nie pamiętał. Po odprawieniu
go przez szamana, pożegnał się ze strażnikiem przy moście, i
przekroczył granicę Arrayo.
Szedł całą noc, narkotyzujące opary, dalej przemieszczały
się w ciele Wybrańca, powodując stan dziwnej euforii, Narg w
ogóle, nie czuł zmęczenia. Gorzej poczuł się rankiem,
chciało mu się pić, odkręcił więc tajemniczą flaszkę z
trzynastką, i z obrzydzeniem wypił stęchłą wodę.
Szedł aż do południa, gdy w oddali zamajaczył mu obraz kilku
domówi ulicy. To było Klamath. Teraz wiedział, że jest zdany
tylko na siebie.
Dotarł do miasta. Pierwsze co zobaczył to początek wyboistej
dziurawej drogi, przeszywającej Klamath. Był bardzo zmęczony,
za pieniądze od Elder, wynajął pokój na kilka dni w
miejscowym motelu. Od razu położył się spać. Pierwszy raz
spał na prawdziwym łóżku.
Był piękny sierpniowy poranek. Narg wstał z łóżka,
przeciągając się.
- Uaaa. No czas się rozejrzeć po tej mieścinie- powiedział do
włączonego PipBoya, którego zawsze trzymał przypiętego do
spodni. Po chwili był już na ulicy. Przy wejściu do motelu,
stał ogromny mężczyzna który dłubiąc w nosie coś do siebie
mamrotał. Wyglądał na zaniepokojonego, więc Narg do niego
podszedł.
- Czy mogę ci jakoś pomóc, przyjacielu?
- Muu Muu w tarapatach, Torr potrzebować pomocy.
- Hmm muu muu powiadasz - odpowiedział Narg domyślając się że
chodzi o brahminy- pomogę ci więc.
- Dobrze ty pójść za mną.
Torr zaprowadził Narga do miejsca nieco na północ od centrum,
było tam pastwisko, na którym widniało kilka brahminów, i
coś mniejszego, ty był redskorpion, szybko podbiegli do
skorpiona, który czaił się na brahminy, gdy jednak
rozdrażniony obecnością wrogów redskorpion zbliżył się,
ponad dwu metrowy kafar, zaczął uciekać piszcząc, i chowając
się za swoje brahminy.
Narg ze zdziwioną miną, wziął się za skorpiona, zakasał
rękawy, i omijając zamachy trującym żądłem skorpiona,
ominą odwłok, i jednym ciosem pięści waląc w okolice głowy
rozgniótł skorpiona, na ziemi rozlał się sok. Nieco w oddali,
zobaczył on dwóch ludzi, byli to najprawdopodobniej bracia
bliźniacy, sądząc po uderzającym podobieństwie, powoli się
zbliżali, a Narg zobaczył na ich dłoniach... kastety. Od razu
wiedział po co przyszli. Wyciągnął nóż od Elder i pobiegł
w ich kierunku, rozrżynając jednemu krtań, a drugiemu
wbijając nóż w serce. Już na zawsze. Nie wyją go. Wyciągną
za to trupom z rąk dwa kastety. To było lepsze niż nóż! Na
południe, obok szopy zobaczył pozostałe redskorpiony, z
kastetem była to tylko krótka szamotanina, ale jeden ze
skorpionów, przed uzyskaniem śmiertelnego ciosu zdążył
użądlić Narga. Znowu ekran zaczął wirować. Na szczęście
wszedł po omacku do szopy, w której było antidotum. Wrócił
do Torra, który mu podziękował:
- Muu Muu uratowane, Torr dziękuje.
- Nie ma za co.
- Torr chce coś powiedzieć, to się może przydać.
- Tak?
- Te skorpiony, ich żądła można sprzedać.
Hmm, to się mogło przydać, Narg nie miał już prawie kasy,
więc z obrzydzeniem wyrwał skorpionom odwłoki.
Po chwili był w sklepie, był to raczej bar niż sklep, ale
sprzedający i tak miał trochę niezłego towaru. Narg
położył ociekające krwią odwłoki na ladzie i zapytał ile
za to będzie.
- Hmm no wiesz chłopcze myślę że nie mam wystarczająco dużo
kasy, ale jeżeli dorzucisz ten kastecik, z chęcią odsprzedam
ci kurtkę ochronną. Jest wprost idealna dla poszukiwaczy
przygód, takich jak ty. Narg przypomniał sobie to nieprzyjemne
uczucie przy ukuciu redskorpiona, i zgodził się na zamianę. W
nowej zbroi, po posiłku, postanowił pogadać z tubylcami w
barze. Zaczął od człowieka, który siedział w rogu przy
butelce Nuka-Coli.
- Witaj, czy można się przyłączyć?
- Tak, jeśli tylko masz ochotę- odpowiedział łysy, nieco
starszy człowiek.
- Czy ty tu mieszkasz?
- Nie, to znaczy teraz tak.
- Nie rozumiem?
- Eh to długa historia, a skąd ty się tu wziąłeś?
- Nazywają mnie Wybraniec, i szukam dziwnego urządzenia o nazwie
GECK, słyszałeś coś o tym?
- Hmm może i tak, kiedyś, aha czy pochodzisz z jednej z wiosek,
które leżą na północny zachód od Klamath?
- Tak, skąd to wiesz?
Na to nieznajomy odparł z tajemniczym uśmieszkiem.
- Tylko zgadywałem.
- A wracając do GECKA, idź daleko na południowy wschód, tam
leży wielkie miasto, dostarczy ci ono wiele wskazówek i pomocy,
która będzie niezbędna do dalszej drogi.
- Ale, kazano mi iść do Den, a potem na wschód...
- Wiem co mówię, idź do Den, ale potem zawróć i idź na
południowy wschód. W Den mieszka mój przyjaciel, Smitty ma
wóz, który bardzo ci się może przydać.
- Dobrze - odparł Narg z miną z której można wywnioskować, że
nic nie rozumie- zrobię tak. A jak cię zwą?
- Mówią o mnie Mingan.
I starszy człowiek odszedł. Gdy wychodził, Narg zobaczył
kontem oka PipBoya, którego nieznajomy trzymał przy szlufce od
spodni; identycznie jak on. Narg uznał to za przewidzenie, i nie
martwił się tym zbytnio.
Resztę dnia spędził w barze gadając z tubylcami, najpierw
okradł ukradkiem jakiegoś Trappera, miał on bowiem kilka skór
gekonów; jaszczurek, na które traperzy polowali. Potem
sprzedał skóry.
Poza tym gadał z kolesiem zwanym Sullivanem, był już po kilku
drinkach, i zaczęli gadać coś o czarach. Przy okazji Sullivan
pokazał mu kilka fajnych sztuczek z pięściami. Kiedyś
walczył za pieniądze.
Narg wrócił do motelu i od razu usnął. Była późna noc.
Obudził się po południu, od razu postanowił zacząć szukać
śladów Vica, który podobno miał tutaj siedzibę. Nie szukał
długo. Po chwili znalazł starą opuszczoną chatę z szyldem
Vic. Nie było nikogo; za to znalazł kilka fajnych rzeczy,
takich jak skałkówka, czy radio. Był gotowy, postanowił
ruszyć do Den.
Wy ruszył jeszcze tego samego dnia, Den było nieco na
południowy wschód od Klamath. Gdy dotarł był już późny
wieczór, nie chciał jednak spać, chciał jeszcze dziś stąd
wyjechać "wozem" czymkolwiek by to nie było.
Po ulicach szwendało się wielu bezdomnych, uzależnionych
degeneratów, którzy gadali różne głupie rzeczy. Były dwa
sklepy: Tubbys i drugi był w jednym ze zniszczonych domów,
prowadził go niejaki Flick. Przed domem stała dwójka dzieci,
jedno z nich poprosiło Narga o pomoc.
- Przepraszam pana, czy mógłby mi pan pomóc?
- Tak? o co chodzi?
- Ten człowiek, Flick, niech go pan powstrzyma, ma pan broń,
kupił nas od Gildii Niewolników, i.. każe nam wszystkich
okradać.
- On nas bije-dodało cicho drugie
W Nargu aż się zagotowało, nienawidził niewolników, kiedyś
gdy był mały sam o mało co nim nie został. Postanowił
pogadać z handlarzem. Gdy ten wyłożył towar, Narg zamkną
drzwi. Był słychać strzał. Flick leżał w kałuży krwi, z
dziurą między oczami. Narg postanowił zabrać towar. Po
uwolnieni dzieci, Narg poszedł do drugiego sklepu. Tubby
oferoał o wiele większy wybór, niż Flick, i tak Narg w zamian
za swoją kurtkę, skałkówkę i towar Flicka, dostał nieco
Naboji, pistolet maszynowy H&C oraz lekki pancerz traperski.
Teraz był gotowy, aby wyruszyć na południe. Potrzebował tylko
samochodu. Właściwie dużo ryzykował, spodziewając się, że
to, co powiedział mu jakiś nieznajomy jest prawdą. Ale był to
i tak lepszy pomysł, niż podróż w głąb wschodu.
Resztę pieniędzy zdobył w kasynie, "rozmnażając"
te co już ma. Okazało się że samochód kosztuje prawie
dokładnie tyle, ile Narg miał w kieszeni. Po krótkim kursie,
Narg wyruszył do tajemniczego miasta...
cdn.
© QBA