<< TWÓRCZOŚĆ | INNE OPOWIADANIA

PRZYCZYNA AWARII 2137

          Był analitykiem II klasy. Zajmował się przetwarzaniem danych dostarczanych z laboratoriów. Jego praca była dosyć prosta - przez sześć dni w tygodniu odwiedzał wszystkie laboratoria, zabierał z nich dyskietki z wynikami badań, notatkami i różnymi uwagami lekarzy i innych naukowców, wracał z dyskietkami do podziemnego pomieszczenia, które nazywali serwerownią, uruchamiał agregat prądotwórczy i komputer, kopiował dane, tworzył kopie bezpieczeństwa i przystępował do właściwej pracy, czyli przetwarzania danych.
          Znał wszystkie szczegóły związane z tą pracą. Pasjonowała go. Szczycił się, że poznał całą dostępną wiedzę na temat sprzętu komputerowego funkcjonującego w Inkubatorze, i jako jeden z nielicznych wiedział co oznacza słowo "serwerownia". Doszedł do takiej wprawy w przetwarzaniu danych z laboratoriów, że całą pracę zaplanowaną na osiem godzin wykonywał przez cztery, może pięć godzin - dzięki czemu miał trochę czasu na intensywną lekturę różnorodnych materiałów o tematyce informatycznej zawartych na ocalałych dyskach CD, oraz czas na prowadzenie popieranej przez przełożonych działalności polegającej na odzyskiwaniu zawartości częściowo uszkodzonych nośników CD. Miał wiele osiągnięć na tym polu, i od kilku dobrych tygodni, pracował nad odzyskaniem zawartości jednego z całkowicie nieoznaczonych dysków. Oficjalnie, na razie nie udało mu się nawet ustalić co mniej więcej zawiera ten dysk. Natomiast faktycznie tą informację postanowił zachować dla siebie, być może na zawsze. To, co odkrył, nie pozwoliło mu już normalnie pracować i zachwiało jego lojalnością wobec przełożonych oraz wyzwoliło niesamowitą ochotę na lekceważenie elementarnych zasad bezpieczeństwa bezwzględnie obowiązujących na terenie serwerowni.
          Procedury związane z obsługą sprzętu komputerowego i przetwarzaniem danych laboratoryjnych były bardzo rygorystyczne. Przed uruchomieniem komputera musiał dokładnie sprawdzić czy wilgotność i temperatura w pomieszczeniu są na odpowiednim poziomie, musiał skontrolować poziom tak cennego oleju napędowe w zbiorniku agregatu prądotwórczego, musiał sprawdzić wszystkie kable zasilające, sprawdzić styki wtyczek, dokładnie obejrzeć wnętrze komputera, odkurzyć wentylatory... Do jego obowiązków należało podjęcie decyzji, czy warunki pogodowe pozwalają na bezpieczne uruchomienie sprzętu - w sytuacji, gdy mogła nadejść burza z piorunami używanie komputera było całkowicie zabronione. Po przebrnięciu przez długą listę czynności wypisanych w instrukcji uruchomienia, i gdy wszystko dokładnie opisał w dzienniku pracy sprzętu, miał prawo uruchomić agregat. Później musiał skontrolować napięcie i częstotliwość. Dokładnie nie wiedział o co akurat w tym chodzi, gdyż po prostu sprawy typowo elektryczne nigdy go nie interesowały. On tylko potrzebował prąd do zasilania komputera. Według instrukcji jedna wskazówka miała być na "220V", a druga na "50Hz". Ponadto, już po uruchomieniu komputera, musiał jeszcze sprawdzić, czy wszystkie wentylatory pracują, czy nic się nie dymi albo podejrzanie nie dźwięczy. Teoretycznie temu wszystkiemu powinien przyglądać się strażnik, dla pewności i świętego spokoju... Taka była procedura, która naprawdę zapewniała dobre - i co najważniejsze - bezawaryjne funkcjonowanie komputera. Tak naprawdę, to od momentu znalezienia drugiej kopii tego edukacyjnego dysku CD, to nie poświęcał już czasu na przegląd sprzętu, tylko od razu uruchamiał agregat i komputer. Nie tracił czasu, gdyż ten dysk CD i wiedza w nim zgromadzona pochłaniały cały jego zdrowy rozsądek.
          Dzisiaj, po raz pierwszy w swojej wieloletniej historii pracy zawodowej, tworzenie kopii bezpieczeństwa dyskietek i rutynowe przetwarzanie danych postanowił odłożyć na później. Miał przecież całe osiem godzin... Jeszcze przed całkowitym uruchomieniem komputera i zakończeniem wczytywania systemu operacyjnego udało mu się prawie całkowicie uspokoić sumienie. Prawie, gdyż znał wagę swojej pracy jako analityka klasy II. Uśmiechnął się, i w tym uśmiechu zawarł całą potęgę swoich intuicyjnych zdolności na polu gromadzenia, przetwarzania i zabezpieczenia danych. Tak wiele czasu już pracował w tej branży, że czasami odnosił wrażenie że płynie przez często całkowicie niezrozumiałe dla niego rzędy i kolumny cyfr lub liter. Potrafił nad nimi zapanować, potrafił je uporządkować, przejrzeć ich strukturę, zmodyfikować i w ostateczność sporządzić serię raportów w formacie PDF, które - miał głęboką nadzieję - ktoś przeglądał i potrafił dzięki nim popchnąć stan badań do przodu. Bardzo, bardzo rzadko cokolwiek drukował - papier był zbyt cenny. To on wdrożył format PDF do systemu obiegu raportów, przedtem analitycy kombinowali na różne sposoby, np. zrzuty ekranu, aby zachować raporty w wersji elektronicznej. Ponadto praktycznie nie było kwartału, w czasie którego nie wprowadził poprawek w istniejącym oprogramowaniu, lub nie napisał od podstaw jakiegoś pożytecznego narzędzia. Był w tym po prostu dobry.
          Potwierdzili to jego przełożeni, obdarzając go zaufaniem i dużą swobodą w korzystaniu z bibliotek, sprzętu, a nawet w umożliwieniu kontaktów z wyspecjalizowanymi handlarzami nośników danych, którzy dosyć często pojawiali się w Inkubatorze. Skończyło się na tym, że osiem godzin spędzał w serwerowni całkowicie sam, bez nadzoru strażnika, a przypadkowe zrządzenie losu doprowadziło go do sukcesu w rekonstrukcji zawartość dysku CD.
          Gdy odsuwał dyskietki na bok, aby zrobić miejsce dla myszy, nie myślał o swoim lekceważeniu dla pracy. Wiedział, że później spokojnie zdąży wykonać to co należy do jego obowiązków. Zrobi te analizy. Sprawdzi sprzęt, wypełni dziennik. Zdąży. Martwiło go coś innego - fakt, że od jakiegoś czasu nie myśli poważnie o ulepszaniu warsztatu pracy. Kilka pomysłów krążyło mu po głowie, ale postanowił odłożyć je na później..., kiedy ostatecznie ustali przeznaczenie programu, kiedy pozna wszystkie tajemnice w nim zawarte, oraz wyzwoli się spod jego wpływu. Jakaś cząstka świadomości mówiła mu, że stał się niewolnikiem, że nie potrafi już logicznie myśleć, że sam pakuje się w problemy, że to się źle skończy...
          Klikając właściwą ikonę po raz kolejny usłyszał wewnętrzny głos ironicznie mówiący, że się stacza, że zachowuje się jak dziecko, że żaden naukowiec, żaden badacz, żaden głupiec ani nawet szaleniec nie powinien poddać się władzy tego programu. Mógł przecież zawiadomić przełożonych o kolejnym sukcesie w jego autorskiej metodzie ratowania starych dysków CD. Otrzymałby kolejną pochwałę, nagrodę. Ale wtedy już ktoś inny, może nawet cały zespół ludzi, rozpocząłby badanie wiedzy przez niego odkrytej. A to co znalazł było zbyt wielkie, zbyt potężne, i zbyt niebezpieczne, aby narażać spokój i zdrowie psychiczne innych ludzi. Wolał przebrnąć przez to sam, i po dokładnym zbadaniu tej wiedzy najpierw ocenić, czy może ona wypłynąć na świat.
          Zrobił tak, ponieważ uważał że ludzie wciąż nie byli gotowi na przyswojenie tej wiedzy. Wszędzie dookoła były widoczne ślady wojny – zniszczone miasta zarastały chwasty, nowe osady były brzydkie i pełne brudu, ludzie starali się nie umrzeć z głodu lub chorób, i wciąż nie mogli się między sobą dogadać. Nawet Inkubator nie potrafił znaleźć wspólnego języka z Miastem, wciąż tylko dyskutowano o sposobie podniesienia cywilizacji. Rozmawiano, planowano, projektowano... Podejrzewał, że władze tych dwóch ośrodków nigdy nie dojdą do porozumienia, gdyż dla Miasta cywilizacja oznacza narzucenie barbarzyństwa i technicznych ograniczeń dla Inkubatora. Trwali więc już od kilkunastu lat, otoczeni legendami i prostymi kłamstwami, nie wierząc w możliwość współpracy i starając się dzięki pewnej izolacji nie przeszkadzać sobie nawzajem.
          Wybierając jedną z pozycji w "menu" programu podświadomie czuł, że to co znalazł u jednego z handlarzy nośników danych pozwoli mu odkryć przyczynę wybuchu wojny, jej przebieg i przyszłe skutki dla ludzkości. Był to przecież rodzaj programu edukacyjnego, o nieznanym mu dotychczas wyglądzie, działaniu i sile przekazu. Gdyby ktoś go zapytał, czym jest ten program, to po chwili wahania mógłby odpowiedzieć, że jest rodzaj żywego dokumentu opisującego przyczyny i skutki wojny, że jest to forma interaktywnego przewodnika po świecie o którym opowiadali handlarze narkotyków przybywających z odległego południa. Tamten świat - świat handlarzy z południa - był całkowicie inny niż jego, był z pewnością dużo cieplejszy, dużo brutalniejszy i tak jak zawsze, całkowicie nierealistyczny i pozbawiony sensu. Był jednak pewien, że to ta sama wojna stworzyła świat w którym żył.
          Odsunął od siebie wszystkie myśli, nawet te o pustym żołądku i delikatnym, ale powoli narastającym smrodzie smażonej izolacji jednego z kabli. Kolejną lekcję czas zacząć. Dwudziesty siódmy poziom. Cholera, amunicja się kończy.

© Setuar - 29.12.2004r.

<< TWÓRCZOŚĆ | INNE OPOWIADANIA