THE GLOW: TAM COŚ JEST
- Tu Marks, jesteśmy na miejscu i przystępujemy do
penetracji pierwszego poziomu bazy. - rozległo się niewielkiego
głośniczka. Znajdujący się na powierzchni przywódca grupy
przez moment milczał, przyglądając się rozłożonym na
stoliku planom Ancient Order.
- W porządku - powiedział w końcu do mikrofonu.
- Jake, mamy problemy ze sprzętem - zaczepiła go jedna z
krzątających się tu osób.
- Nie teraz - fuknął dowódca grupy i przysunął mikrofon do
ust - Więcej szczegółów, Marks.
Z głośnika rozległ się trzask, a następnie głos Marksa -
Promieniowanie wysokie. Środki ochronne powinny pozwolić nam
bezpiecznie pracować około trzech, czterech godzin. Detektory
ruchu nie wykryły nic podejrzanego. Zasilania brak, nawet
awaryjnego. Prawdopodobnie cały system leży. Jakieś siedem
metrów przed nami leżą zwęglone zwłoki. To był chyba
człowiek, ale głowy bym sobie uciąć nie dał.
Dowódca, Jake Samms pokiwał głową - No to do dzieła.
Załatwcie to szybko i wynośmy się stąd, zanim zaczniemy
świecić.
Steve Marks i cztery inne osoby, Dean, Toby, Ray i Susan ruszyli
powoli przed siebie.
- Ray? - szepnął Steve.
- Cały czas te same odczyty. Nieco większe promieniowanie na
północny zachód.
- Dean?
- Nic. Nic się nie rusza. Spójrz prawdzie w oczy, Steve, to
jeden wielki napromieniowany śmietnik, nic więcej.
Przeszli kolejnych kilka kroków. Minęli krater i doszli do
windy. Toby wyciągnął z plecaka łom i wkładając w to wiele
wysiłku otworzył prowadzące do niej drzwi. Susan weszła do
środka i otworzyła znajdujący się w podłodze właz.
Następnie przywiązała linę do jednego ze stalowych prętów.
- Poradzisz sobie? - zapytał Steve.
- Kaszka z mleczkiem - powiedziała Susan, obwiązała się liną
i spuściła po niej na dół.
Dean pokręcił głową - Czy ona zawsze musi to mówić? Rzygać
mi się chce już na samą myśl...
- Zamknij się, Dean - powiedział Ray. - Zawsze ci się coś nie
podoba.
- Sam się zamknij - odparł Dean - Już raz...
- Zamknijcie się oboje - przerwał im Steve - Nie zapominajcie
dlaczego to robimy. Dla kasy, ogromnej fury pieniędzy, więc
skoncentrujcie się na naszym zadaniu.
- Za tą kasę będę finansował leki na chorobę popromienną -
mruknął Dean.
- Spokój - powiedział Steve.
Ani Ray, ani Dean już nie powiedzieli już nic więcej, ale
chyba żaden z nich nie miał wątpliwości co myśli o nim ten
drugi.
Tym czasem Susan zsunęła się na trzeci poziom i zatrzymała
tuż przy kolejnych drzwiach. Przymocowała do nich ładunek
wybuchowy i uruchomiła zegar. Zaraz potem dała pozostałym
znak, żeby zaczęli ją wciągać na górę. Kilkanaście sekund
po tym jak dotarła na miejsce rozległ się donośny wybuch, a
słup ognia pognał w górę szybu.
- Jeśli tamte drzwi to wytrzymały, ja wypisuję się z tej
zabawy - powiedział Dean.
Nie zwracając na niego uwagi, Susan natychmiast ponownie
spuściła się w dół i dostała się przez doszczętnie
zniszczone drzwi na poziom trzeci. Zaraz po niej czynność
powtórzyli wszyscy pozostali. Gdy Steve jako ostatni dołączył
do grupy, zaczął od standardowej procedury.
- Ray?
- Raczej nieciekawie - powiedział Ray - Ale jeśli uwiniemy się
w dwie godziny nie powinno się nam nic stać.
- Dean?
- A jak myślisz?
Steve spojrzał na niego srogo - Raport.
Dean westchnął, jakby z wyrzutem i powiedział - Totalny
bezruch.
- Sprawdziłeś wszystkie opcje?
- Tak - rzucił od niechcenia.
Steve pokiwał głową i nadał kolejną wiadomość przez radio.
- Tu Marks. Dostaliśmy się na trzeci poziom. Promieniowanie...
znośne. Nie wykryto ruchu, ani innych śladów życia. Wszystko
doszczętnie zdemolowane, kolejne zwęglone szczątki.
- Zrozumiałem. - rozległ się głos Jake'a.
Grupa ruszała powoli przed siebie.
- Śniło mi się to miejsce - powiedział w pewnym momencie
Toby.
Ray patrząc to pod nogi, to na trzymane w dłoniach urządzenie,
zapytał bez większego zainteresowania - Jak to?
- Mówię poważnie - powiedział Toby - Dwa, czy trzy dni temu
śniło mi się identyczne miejsce. Totalna ciemność, głucha
cisza i do okoła zwęglone ludzkie ciała. Znajdowałem się tam
sam i za Chiny nie byłem w stanie odnaleźć wyjścia. W końcu
zaczęło brakować mi powietrza. Na początku to były tylko
duszności, potem poczułem się jakby ciśnienie rozrywało mi
płuca. Gdy już miałem paść martwy na ziemię obudziłem się
zlany potem. Nadal byłem w szoku, ale Deborah zdołała mnie
uspokoić.
Dean prychnął - Jeśli masz takie sny, to proponuję rozejrzeć
się za jakimś psychiatrą.
- Hej, odwal się - warknął Toby.
- Siedźcie cicho - skarcił ich Steve.
- Jak on nawijał to nic nie mówiłeś. Ja tylko się odezwałem
od razu mnie uciszasz - oburzył się Dean.
- Pogadamy o tym jak będziemy na powierzchni, dobra?
- Nie dobra - syknął Dean.
- Nie zapominaj kto w tu jest dowódcą - powiedział Steve.
- Nie zapomniałem. Dowódcą jest Jake.
Steve zmarszczył brwi - Tam na górze tak, tu w dole żądzę
ja.
- W takim razie pieprzę takie dowództwo.
- Proszę cię bardzo, możesz się zabierać, droga wolna -
odparł Steve.
- Ciiii! - przerwała im Susan - Posłuchajcie.
Obaj zamilkli. Przez kilka pierwszych sekund nic nie było
słychać i gdy Dean już miał zamiar się odezwać ponownie, do
ich uszu dotarł jakiś dziwny dźwięk. Przypominał nieco
szelest, może coś innego.
- Co to? - zapytał Ray.
Dean wzruszył ramionami.
- Na pewno wszystko dokładnie sprawdziłeś? - zapytał na
wpół ściszonym głosem Steve.
- Na pewno - powiedział Dean.
Tym czasem "szelest" to ustawał, to pojawiał się
ponownie, a za każdym razem zdawał się być odrobinę
głośniejszy. Można by odnieść wrażenie, że jego źródło
stopniowo zbliża się do grupy.
- A byłbyś łaskaw sprawdzić jeszcze raz? - zapytał Steve.
- Sam sobie sprawdź - powiedział Dean i wcisnął mu
urządzenie do rąk.
Nim jednak Steve z niego skorzystał, nadał przez radio -
Słyszymy jakiś dziwny dźwięk. Źródło nie znane. Sprawdzimy to i wtedy
zamelduję.
- W życiu czegoś podobnego nie słyszałem - szepnął Ray.
Tym czasem Steve skorzystał z opcji "Ruch" na
urządzeniu Deana. Faktycznie, nic nie wskazywało. Przełączył
na "Detektor funkcji życiowych". Na mini ekraniku
pojawił się napis "Skanuję, proszę czekać".
- Wiecie, mam dziwne uczucie, że złażenie tu nie było
najlepszym pomysłem. - powiedział Ray.
"Skanowanie zakończone".
- Ty sukinsynu - syknął Steve - Dean, ty cholerny sukinsynu.
Sprawdziłeś tylko detektor ruchu.
- No i co? - zapytał Dean.
- To - Steve podsunął mu urządzenie pod nos.
"Zlokalizowano nieznaną formę życia. Brak jakichkolwiek
informacji na jej temat w bazie danych".
- Tam, kilka metrów za tymi drzwiami coś jest - powiedział
Steve.
Toby przeładował broń i zapytał - Jeden egzemplarz?
Steve skinął głową - Tak, ale nie wiemy co to takiego.
- Nawet jeśli Deathclaw, skoro jest sam nie będzie problemów z
eliminacją.
- Co robimy, Steve? - zapytała Susan.
Marks zastanowił się chwilę - Przede wszystkim zgłoszę to
Jake'owi.
- Jake - podszedł do niego jeden z jego towarzyszy - Wszystkie
urządzenia nawigacyjne siadły. Jeśli mogę coś zasugerować
to zabierajmy się z tej radioaktywnej żarówki jak najszybciej.
- Bardzo cenię sobie twoje sugestie, ale pozwól, że je na
razie zignoruję. Za trzy, góra cztery godziny się wynosimy.
- Nigdy nie pracowaliśmy jeszcze w takich warunkach, więc
zalecałbym nieco więcej rozwagi w podejmowaniu decyzji.
- O co ci chodzi?
- Dwie godziny, powinniśmy opuścić to miejsce w ciągu dwóch
godzin. Maksimum dwóch.
- Jeśli Marks i pozostali uwiną się w ciągu czterdziestu
minut to mogę się stąd wynieść choćby za godzinę. Może
jednak pozostańmy realistami, zajmie im to dwie trzy godziny.
Damy sobie radę.
- Tu Marks - dobiegł jego głos.
- Zlokalizowaliście źródło dźwięku?
- Chyba tak. W pewnym sensie przynajmniej.
- Co masz na myśli? - zapytał Jake.
- Detektory ruchu w prawdzie nic nie wykazują, ale...
- Co "ale"?
- Urządzenie zlokalizowało nieznaną formę życia,
siedemnaście metrów przed nami. Mamy zamiar to rozwalić,
niezależnie od tego czym jest.
- Dobrze, ale pozostańcie ostrożni.
Steve przełączył podgląd na "Detektor ruchu". W tym
momencie dostrzegł przez chwilę drobny punkt, który
przesunął się nieznacznie w ich kierunku. Wcisnął szybko
"Zaznacz ostatnią pozycję obiektu" i powiedział - To
coś się tu chyba skrada.
- Zaczynam się czuć coraz bardziej nieswojo. - powiedział Ray.
- Daj spokój, to pewnie tylko Manti - stwierdził Toby.
- Jakby to było Manti, urządzenia nie miałyby problemu z
ustaleniem co to za organizm.
- Niekoniecznie - wtrącił się Steve - Niewiadomo jak daleko
mogła posunąć się mutacja. Poza tym to wcale nie musi być
Manti, tylko szczur.
- Jakie zwierze wytrzymałoby takie promieniowanie? Tu chyba
nawet nie mogłyby żyć te pieprzone ghoule - powiedział Dean.
Toby ruszył powoli, acz zdecydowanie przed siebie - Nie
zależnie co to takiego, mam zamiar sprzątnąć to z powierzchni
globu.
- Osłaniać go - wydał polecenie Steve i wszyscy będąc gotowi
do ewentualnej obrony, czy też ataku ruszyli za Tobym.
- Nie znoszę polowań - mruknął Dean.
Wszyscy zmuszeni byli przeczołgać się pod w niewielkim stopniu
uniesionymi drzwiami. Zaraz potem jednak szybko stanęli na nogi.
- Nic nie widzę - stwierdził Ray oświetlając wszystko
strumieniem z latarki. - Tam na pewno coś jest?
Steve zerknął na urządzenie - Tak. I już tylko osiem metrów
przed nami. Musiało się zbliżyć, gdy przechodziliśmy pod
włazem.
- Albo urządzenie jest walnięte, albo dzieje się tu coś
bardzo dziwnego - stwierdził niepewnym głosem Ray.
Z sekundy na sekundę ochota by opuścić to upiorne miejsce
rosła coraz bardziej. Wtedy gdzieś z góry ponownie rozległ
się ten dziwny dźwięk. Tym razem o wiele głośniejszy i
zbliżający się do nich w dużym tempie.
- Rany, Ray, sufit! - jęknął Dean. Nim jednak Ray zdążył
skierować strumień światła w górę ciszę przeszył jego
głośny wrzask.
Steve zapalił swoją latarkę i wtedy pozostali dostrzegli
jakąś dziwną istotę wgryzającą się w jego korpus.
Przypominała nieco przerośniętego chrabąszcza.
- Cholera, Toby, zrób coś! - wrzasnął Steve.
Tym czasem Dean rzucił się w kierunku wyjścia. Toby nie zastanawiając się choćby przez moment, wypalił
prosto w tamto dziwne stworzenie. Jednak jego ciało okazało
się bardzo miękkie i kula bez problemu
przeszyła je na wylot i trafiła Raya. Zarówno on, jak i
niby-chrabąszcz padli martwi na podłogę.
Susan od razu pochyliła się nad kolegą, by sprawdzając puls i
potwierdzić jego zgon.
- Niech cię, Toby, zabiłeś go! - wrzasnął Steve.
Wtedy rozległ się kolejny dźwięk. Tym razem był to jakiś
mechaniczny odgłos. Steve, Toby i Susan odwrócili się w jego
kierunku. To właz, pod którym nie tak dawno przechodzili
zamknął się zupełnie.
- Co jest, cholera, przecież nie ma zasilania - zdziwił się
Steve.
Będący już po drugiej stronie Dean zatrzymał się. Patrzył
przez chwilę na zamknięte drzwi, a potem ruszył w kierunku
szybu z zamiarem wydostania się na górę.
- Spokój, musimy się uspokoić - powiedział Steve i chwycił
za radio - Jake, jest źle. Cholernie źle.
- O czym ty mówisz? - rozległ się głos Jake'a.
- To coś zaatakowało Ray'a. Toby starał się mu pomóc, ale
zdążył się wypadek. Ray i to pokraczne stworzenie nie żyją.
- O czym ty gadasz?
- Ray nie żyje, Jake. Wszystko trafił szlag.
Po chwili milczenia Jake odezwał się ponownie - Dobra,
wracajcie na powierzchnię.
- Na razie nie damy rady - powiedział zrezygnowanym głosem
Steve - Drzwi za nami zamknęły się. Spróbujemy je wysadzić i
wtedy damy ci znać. A, nie ma też z nami Deana. Prawdopodobnie
uciekł, może zaraz do was dotrze, nie wiem. Kończę na razie,
będę cię informował na bieżąco.
Steve otarł pot z czoła i westchnął głęboko. Było mu
gorąco, nawet bardzo. Susan podeszła do drzwi i zabrała się
za umieszczanie ładunku wybuchowego.
W tym czasie Dean wspinał się po linie wzdłuż szybu starając
dostać się na poziom pierwszy, a stamtąd na powierzchnię.
Spokojnie, powtarzał sobie w myślach, za dwie minuty, góra
trzy będziesz na powierzchni. Na razie nie myśl o tym co tam
się stało. Nie myśl o tym co z pozostałymi, nie myśl o
niczym, tylko o ocaleniu własnego tyłka.
Minął poziom drugi i kierował się ku pierwszemu. Wspinanie
nigdy nie było jego mocną stroną, ale jakoś z mozołem
posuwał się na przód. W porządku, pomyślał, jeszcze tylko
pół piętra. Potem przebiegniesz przez korytarz i liną prosto
na górę. Dasz radę, Dean, na pewno. Kropla potu spłynęła po
jego czole zatrzymując się u nasady nosa. W takich chwilach
żałował, że nie jest lżejszy.
Wtedy z góry dobiegł trzask, potem kolejny. Dean zadarł
głowę. Moment później znajdująca się nad nim winda
ruszyła. Kierowała się z dosyć sporą prędkością w jego
kierunku.
- Jakieś jaja - jęknął. Zaskoczyło go to tak bardzo, że
zatrzymał się w miejscu nie próbując nawet w jakikolwiek sposób zareagować.
Winda uderzyła w niego i strąciła w dół głębokiego szybu.
W momencie gdy Susan miała uruchomić zegar, nagle w koło
zrobiło się jasno.
- Cholera, co znowu - Steve był już zupełnie zdezorientowany.
- Oświetlenie? Przecież zasilanie nie działa.
- Lepiej mi powiedz kto je włączył - odezwał się Toby.
Nie zwracając na nich uwagi, Susan uruchomiła zegar i dała
znak, żeby wszyscy skryli się za rogiem w oczekiwaniu na
wybuch.
- Ten sen - jęknął Toby - To było ostrzeżenie.
- Pieprzysz głupoty - powiedział Steve i zerknął na
urządzenie. W tym momencie mina zrzedła mu zupełnie.
- Steve? - odezwała się Susan - Co jest?
- To nie może być prawda.
Susan zerknęła na monitor. "Szereg aktywnych obiektów.
Dziewiętnaście jednostek cybernetycznych, trzy organizmy
żywe".
- Przecież jeszcze przed chwilą poziom był czysty - zdziwiła
się Susan.
- Nie wiem skąd, ale za tamtymi drzwiami znajdują się dwa
roboty, a z północy kierują się na nas cztery kolejne i dwa
organizmy żywe. - powiedział Steve - Tak czy siak musimy się
przygotować na piekło.
- Na ile czasu ustawiłaś zegar? - zapytał Toby.
- Piętnaście sekund. - odparła.
I wtedy wszyscy zrozumieli... Od tamtego czasu minęło już
więcej niż piętnaście sekund.
Toby wyskoczył za róg, by sprawdzić co się stało.
- O cholercia, drzwi już nie są zamknięte - to były jego
ostatnie słowa. Donośny dźwięk strzałów z broni maszynowej
przeszył korytarz i Toby padł martwy.
- Tędy - powiedział Steve i razem z Susan ruszyli biegiem w
przeciwnym kierunku. Jednak już chwilę później natknęli się
na dwa roboty. Jeden z nich natychmiast odpalił w ich kierunku
pocisk. Susan zdołała odskoczyć na tyle daleko, żeby
przeżyć, Steve miał mniej szczęścia. Tym czasem drugi z
robotów zbliżył się do rannej, ostatniej pozostałej przy
życiu uczestniczki wyprawy w głąb legendarnego Blasku.
- Proszę o wytyczne - odezwał się robot.
Susan była ranna, a jej stan był na tyle ciężki, że nie
mogła nawet myśleć o próbie ucieczki.
- Przyjąłem, komandorze - powiedział robot.
- Komandorze? - zapytała Susan - To tu ktoś jest?
Nie uzyskała już jednak odpowiedzi na swoje pytanie.
- Marks? Marks, słyszysz mnie?! - krzyczał do mikrofonu Jake. -
Co tam się dzieje? Marks, odezwij się!
- Jake, minęły już niemal trzy godziny. Najwyższy czas się
stąd zabierać - powiedział jeden z jego towarzyszy.
- Nie zostawię ich tam w dole, Waters - syknął Jake. -
Wytrzymamy jeszcze jakiś czas.
Waters opuścił zrezygnowany ramiona - Daj spokój, oni już
pewnie nie żyją. Nie wiem co tam się stało i chyba nie chcę
wiedzieć.
- Zostajemy jeszcze godzinę, jeśli się nie odezwą wracamy.
Waters potrząsnął głową - Proszę cię bardzo, czekaj. Ja i
pozostali się wynosimy.
- Niech was szlag! - wrzasnął Jake. Krew pulsowała mu w
żyłach ze złości, aż na twarzy zrobił się zupełnie
czerwony - Niech wam będzie, wracamy. Ale to ostania nasza
wspólna misja, Waters. Pakujcie ten złom!
Oparł się dłońmi o pulpit. Prawdopodobnie właśnie skazał
na śmierć swoich najlepszych ludzi. I wszystko to dla nędznych
kilku tysięcy dolarów, które i tak przeszły mu koło nosa. Co
za parszywy dzień.
- Słyszycie coś? - zapytał w pewnym momencie Waters.
- Nic nie słyszymy, no dalej ruszać się - powiedział ktoś
inny.
- Posłuchajcie, coś się zbliża.
- Nic się nie zbliża, do roboty.
Następne co zobaczyli to pocisk rakietowy wyłaniający się z
kłębów kurzu. Potem nie widzieli, ani nie słyszeli już nic
więcej.
- Eksterminacja obiektów "Intruz" zakończona -
rozległ się skądś metaliczny, donośny głos - Wracamy do
bazy, komandorze...
© Adam 'EFC' Turczak: 18-19 Sierpnia 2001