WOJOWNIK SZOS
Jechał przez pustkowie wyraźnie niezadowolony. Gdzie okiem sięgnąć była tylko żółta pustynia, do tego jego radio się popsuło, co oznaczało kilka dni nudnej jazdy. W oddali zobaczył jakiś podłużny kształt. Na początku wydawało mu się, że był to kaktus, ale zmniejszający się dystans powiedział mu, że był to inny podróżnik.
Na jego widok zapomniał o niedziałającym radiu i podziękował jakiejś wyższej sile za samochód. Wędrowiec odwrócił się i pomachał do samochodu, prosząc aby się zatrzymał. Kierowca zaciągnął hamulec jedną ręką, a drugą zacisnął mocno na rękojeści swojego dużego, ciężkiego rewolweru. Podróżnik, na widok zwalniającego samochodu uśmiechnął się.
- Witam cię, przyjacielu! Chciałbyś pohandlować?
- Mam wszystko czego potrzebuję.
- Na to wygląda! A gdzie sprawiłeś sobie taki twarzowy czarny płaszcz z tym kapeluszem? Wyglądasz jak bohaterowie z przedwojennych filmów!
- Znalazłem to w Los Angeles w jednym z wielkich hangarów, których tam pełno. Wiesz gdzie to jest?
- Wiem, wiem bardzo dobrze! Chciałem kiedyś odwiedzić, ale los chciał inaczej. Jedziesz może w stronę Zatoki?
- Właśnie tam jadę. Potrzebujesz, żeby cię podwieźć?
- Ano! Mam kilka kapsli, zapłacę.
- Ok, ale pokaż mi swoją broń. Inaczej nie jedziemy.
- Broń? Nie, ja nie noszę broni! Nie potrzebuję! To jak, mogę wsiąść?
Człowiek w płaszczu wyjął szybkim ruchem rewolwer i strzelił podróżnikowi w głowę. Ten nawet nie zdążył się zdziwić, wszystko było wykonane z taką szybkością i precyzją, że nic nie powstrzymało pocisku kaliber .44 przed szybkim dotarciem i roztrzaskaniem czaszki wędrowca.
Odrzuciło go do tyłu, a kiedy jego martwe ciało upadło na ziemię, resztki mózgu wypadły w miejscu, gdzie powinna znajdować się potylica.
Kierowca szybko wysiadł i przeszukał trupa. Znalazł Berettę, którą wrzucił do samochodu, a także radio. Było włączone.
- Kurwa mać! Dlaczego się zatrzymywałem!
Pobiegł do samochodu, wyjął ze schowka lornetkę i rozejrzał się naokoło. Na zachodzie w oddali zauważył tańczące obłoki żółtego kurzu, po czym szybko wrócił do samochodu i zaczął jechać. Wiedział, że będzie kiepsko. Wszystko wskazywało na to, że były to terytoria gangów.
Pewnie, gangi to nie było nic innego jak grupy gówniarzy, którzy ledwo co znaleźli gnaty i już myśleli, że każdy się ich przestraszy, jeśli założą jeszcze skórzaną kurtkę i będą jeździć na rozklekotanym motorze. Co drugi z nich i tak miał co najwyżej nóż, albo w najlepszym wypadku maczetę, broń palna była absolutną rzadkością. Właściwie, to oni nic nie umieli, a jeśli ktoś w coś trafił, to było to naprawdę wielkie szczęście. Problem polegał na tym, że było ich zazwyczaj mnóstwo i ktoś musiał w końcu trafić w cel.
Z drugiej strony coś tu było nie tak. Te dzieciaki nie wiedziałyby jak włączyć takie radio, a co dopiero wiedzieć gdzie go szukać. Nie mieliby cierpliwości stać na drodze i czekać aż ktoś przejedzie, no chyba że mieliby mnóstwo ołowiu w dupie. A to była robota profesjonalistów. Niby-wędrowiec bez plecaka i bez broni. Bez broni! Kto w dzisiejszych czasach nie nosi broni? Tylko wariaci i dzieci. Te ostatnie zresztą coraz częściej chowają coś w spodniach. Zastanawiał się tylko, czemu na niego czekał. Zupełnie jakby wiedział, że będzie tędy przejeżdżał. Uderzył ze złości w kierownicę. Radio nagle się naprawiło.
Nie sądził, że będą go tak szybko szukać. Inaczej nie zatrzymywałby się i nie rozmawiał z podróżnymi. Ale z drugiej strony nie sądził też, że więzy bandytów są tak mocne. Nie spodziewał się, że będą go szukać nawet w innym stanie. Widocznie prawo zemsty jest najważniejszym prawem w tych stronach. Tumany dymu widział już nawet w lusterku. Z całą pewnością to byli profesjonaliści. Zapiął pasy.
Z dymu wyłoniły się trzy samochody i dwa motocykle. Ucieszył się widząc, że ci na motorach albo byli mało cierpliwi, albo kochali prędkość, bo już odłączyli się od grupy i chcieli samodzielnie rozprawić się z przeciwnikiem. Trzymał swój, w tym momencie pięciostrzałowy rewolwer w gotowości. Motory rozdzieliły się i jechały po obu stronach samochodu. Gdy były już dostatecznie blisko zobaczył, że były to lekko zardzewiałe choppery, na których jechało dwóch kierowców, jeden w czarnej skórzanej kamizelce i obcisłych czarnych spodniach, na twarzy miał okrągłe czarne okulary przeciwsłoneczne i bardzo gruby, lekko przypalony wąs, a drugi odziany był w brązową skórzaną kurtkę, której brakowało jednego rękawa i wąskie w pasie, a szerokie na dole niebieskie jeansy. Obaj trzymali w ręce lekkie karabinki wycelowane w samochód przed nimi.
Nagle motor jednego z nich, tego z wąsem, na chwilę stanął dęba wyrzucając jeźdźca przed siebie, a potem lecąc do przodu, zmiażdżył koziołkującego bandytę. Drugi obejrzał się za siebie, aby zobaczyć co stało się z jego kompanem. Nie zauważył jak człowiek w płaszczu szybko wychyla się z okna samochodu i jednym celnym strzałem pozbawia go górnej części czaszki. Motor, który stracił kierowcę, jak przestraszony koń, skręcił w prawo po czym wywrócił się i został odrzucony mocnym uderzeniem samochodu jadącego za nim.
- Pięknie sobie z nimi poradziłeś - odezwało się radio z kieszeni - ale z nami już tak łatwo ci nie pójdzie, skurwielu. To jest autostrada, a nie jakieś tam gówniane zadupie - w tle usłyszał jak kilku kompanów zaczęło śmiać się z doboru słów swojego kapitana - Wolna przestrzeń, już nie możesz chować się po kątach. Jeśli się zatrzymasz, masz moje słowo, że skończymy z tobą w miarę szybko.
- Twoje słowo jest warte tyle, co rozdeptane wczoraj braminie łajno. Ale mam lepszą propozycję.
- Słucham z uwagą.
- Wy teraz zawrócicie i każdy z nas pojedzie w swoją stronę. Ominiemy w ten sposób rozlewu krwi. A tej krwi będzie mnóstwo.
- Fakt, nie przeczę Gabriel, ale też nie zgadzam się. - Gdyby właściciel głosu radia siedział obok człowieka w płaszczu na pewno uśmiechnąłby się jeszcze bardziej niż uśmiecha się teraz. Jeśli znają moje imię, pomyślał, to znaczy, że... - Nic nie mówisz? Nie ma się czemu dziwić Gabriel - wymawiał to imię głośniej i z większym naciskiem niż pozostałe słowa - urządzając sobie z nas ruchome cele w Little Rock wydałeś wyrok na mieszkańców. Kobry nie lubią kiedy ktoś śmieje im się w twarz. Szczególnie na oczach innych ludzi.
- Kłamiesz. Nie wiem skąd znasz moje imię, ale nie mogliście zaatakować Little Rock. Nie z ilością broni jaka im została.
- Racja, to co im zostawiłeś to naprawdę niezły arsenał. Ale to tylko wiejskie kmiotki, które nie wiedzą do czego służy spust, ani jak odbezpieczyć broń. Naprawdę dziwię się, że jeszcze nie słyszałeś o Rzezi w Little Rock. Zazwyczaj nasza sława nas wyprzedza.
Samochody były już niebezpiecznie blisko. Widział wystające z szyb ręce trzymające pistolety.
- Słuchaj uważnie, Ortis - Gabriel również nałożył nacisk na imię kapitana - bo nie zamierzam się powtarzać. Kiedy twój starszy brat jęcząc z bólu wykrzykiwał, że go pomścisz, powiedziałem mu, że będę na ciebie czekał. Zostawiłem go na środku pustyni z dwoma kulami w brzuchu. Nie wiem czy zdechł z bólu, czy się wykrwawił czy zjadł go radskorpion, ale wiem jedno. Ty będziesz cierpiał dłużej.
- TY... - człowiek w płaszczu nie dowiedział się, co Ortis o nim sądzi bo wyrzucił radio za okno. A zaraz potem uderzył się w głowę, bo za takie cacko dostałby niemałe pieniądze.
Kula trafiła w tylne okno, ale go nie zbiła. Dobrze, pomyślał są blisko. Wyjął granat ze schowka, zębami przytrzymał zatyczkę, energicznym ruchem dłoni odsunął granat od twarzy, po czym wyrzucił go przez okno. W lusterku zobaczył jak kierowca goniącego go samochodu ze strachu skręcił w prawo, chcąc uniknąć czarnej kulki lecącej w jego stronę. Niestety, uderzył w samochód jadący obok, przygniatając jego pilota, a granat wybuchł przy najbliższym samochodzie, sprawiając że resztki szyb i granatu z wielką siłą wbiły się w mózgi kierowcy i pasażera siedzącego z tyłu. Oba samochody stanęły. Już tylko stary Highwayman ścigał się z Gabrielem.
Tylna szyba w końcu nie wytrzymała ciężaru jakim obarczały ją pociski i z lekkim krzykiem pękła. Kierowca schylił głowę, ale więcej strzałów nie słyszał. Odwrócił się i zobaczył jak Chrysalis przesuwa się w prawo i niebezpiecznie zbliża się do tylnego prawego koła. Widział kiedyś, jeszcze jako dziecko, stare taśmy na których samochód, uderzony, a nawet lekko puknięty w tylne koło, wyrywał się spod kontroli i skręcał. Przeczuwając, że Ortis też mógł widzieć podobne taśmy, wychylił się do tyłu i wziął dużą, grubą poduszkę z tylnego siedzenia. Położył ją na kierownicy i przycisnął do niej głowę. Samochód chwilę potem, skręcił w prawo i trzy razy przekoziołkował do przodu, po czym wylądował na kołach. Ale nigdy więcej nigdzie nie pojechał.
Highwayman zatrzymał się w małej odległości od zgraconego Lincolna i wyszło z niego trzech ludzi. Jeden był wysoki i szczupły, miał na sobie szarą koszulę bez rękawów i zielonoczarne spodnie. W ręku trzymał Glocka 19. Drugi był trochę niższy, ubrany w czarną skórzaną kurtkę i czarne spodnie, miał na twarzy długą bliznę, od skroni, przechodzącą przez lewe oko aż po kącik ust. Trzymał w ręku długi bojowy nóż. Trzeci miał tylko spodnie, jego tors zdobiła nie tylko bogata muskulatura, ale także liczne blizny. Na jednej ręce założony miał kastet, a w drugiej dzierżył Berettę. Podeszli, bez pośpiechu do zdezelowanego samochodu i spojrzeli przez okno. Na siedzeniu kierowcy leżała tylko duża, gruba biała poduszka, a drzwi od strony pasażera otwarte. Ten z blizną na twarzy zaklął siarczyście.
Nagle po pustyni rozległo się echo strzału. Bandyta bez koszuli krzyknął i lecąc na ziemię złapał się za nogę. Już na ziemi, zobaczył, że za samochodem kucał człowiek w szerokim czarnym kapeluszu i czarnym płaszczu mierzącym do niego z największej lufy jaką widział w swoim życiu. Niczego więcej już nie zobaczył. Trzeci strzał powalił członka Kobr w koszuli bez rękawów. Ten nie zdążył zobaczyć co leżało po drugiej stronie samochodu, bowiem uderzył głową w kamień i stracił przytomność. Czwarty strzał przeznaczony był na człowieka z blizną, ale ten szybkim ruchem wskoczył na samochód. Po czwartym strzale, było słychać jak kurek rewolweru trafia w pustą łuskę.
- Koniec amunicji? - rzekł bandyta z blizną przeskakując na drugą stronę samochodu. Zobaczył jak Gabriel wyrzuca łuski z bębenka wstając, z zamiarem włożenia szybkoładowacza zwiększając zapas pocisków. Człowiek w płaszczu wskoczył z powrotem do samochodu, w środku ładując rewolwer. Bandyta z blizną zbyt wolno doskoczył do swojego wroga i ze złością stwierdził, że oberwał w brzuch. Z lekkim brakiem koordynacji wleciał krzywo do pojazdu, lądując na swoim wrogu. Ten szybko odepchnął go, sprawiając, że uderzył głową w dach, a potem kopnął w brzuch, co wyrzuciło go na zewnątrz. Gabriel wyszedł z samochodu.
- No, Ortis, mówiłem, że krwi będzie mnóstwo. Mieliście szansę, a teraz...Ortis rzucił w Nemesis swoim nożem z minimalnej odległości. Jednak, czy to z bólu, czy ze złości, nie trafił. Ortis, nie wierząc własnym oczom, krzyknął.
- A mówiłem żeby dać spokój. Spójrz teraz na mój samochód. A ja lubiłem ten samochód. Powiedz mi, masz jakiś pomysł co możemy z tym zrobić?
- Pp...Pieprzę...cię.
- Zabawne, twój brat na początku mówił to samo. Potem trochę spuścił z tonu, ale właściwie to teraz nie mam czasu i ochoty bawić się z tobą tak, jak bawiłem się z nim.
Strzelił mu w klatkę piersiową, popatrzył jak charczy i wije się z bólu, jak miota się w bezsilności i jak przeklina go w duchu. Odszedł i strzelił temu bez rękawów w głowę. Zauważył, że Highwayman stał przed nim, zadbany, z pełnym akumulatorem, piękny, gotowy do drogi. Przeniósł rzeczy ze swojego Lincolna, z radiem w pierwszej kolejności, do swojego nowego samochodu. Spojrzał na niebo, na którym nie było ani jednej chmury, otrzepał płaszcz z brudu i pojechał dalej.
Po godzinie jazdy natrafił na przydrożny motel-bar. Przed wejściem nie słyszał żadnych zadowolonych głosów, krzyków czy śpiewów, jakie słyszał poprzednio w pobliżu różnego typu barów. To mogło znaczyć tylko jedno.
Rzeź w Little Rock była faktem.
Wszedł i jak zwykle przez chwilę przyciągnął na siebie spojrzenia, a potem każdy wrócił do swojego kufla piwa i swoich spraw.
- Mówię ci, spotkałem jednego kupca, który wracał z Little Rock - kontynuował rozmowę barman z kimś, kto wyglądał na stałego bywalca - za każdym razem kiedy ktoś go o to pytał, zamawiał kolejną butelkę. Nie powiem, żeby mi to przeszkadzało.
Gabriel usiadł obok nich i zamówił drinka. Kiedy barman podawał mu brudny kieliszek napełniony bimbrem tutejszej roboty, przez chwilę dziwnie patrzył na gościa, po czym wrócił do rozmówcy.
- No więc, wszystko zaczęło się od tego, że Kobry musiały gdzieś uciec po tym jak ich tereny zaczęły wchodzić w granice Republiki Nowej Kalifornii. Wiesz, z tymi kolesiami nie ma żartów. Stanowią największą siłę militarną w Kalifornii. Przepraszam, Nowej Kalifornii.
- Powiedz mi coś, czego nie wiem - powiedział bywalec wychylając kielicha.
- No więc - barman dolał rozmówcy - Kobry musiały uciekać przed siłą, która zapewne zmiażdżyłaby nawet armie Mistrza. No i znaleźli takie małe miasteczko...
- Little Rock znaczy się? - przerwał mu pijaczek.
- Znaczy się nie. Źle powiedziałem, to nawet nie miasteczko, bardziej osada. No wioska, po prostu, która znajdowała się obok Little Rock. Przepędzili z niej dzikusów i sami się tam zasiedlili, ale że w zwyczaju nie mieli hodować braminów i uprawiania ziemi, a że dzikusów już tam nie było, to musieli znaleźć jakiś koncept, jakby tu nie umrzeć z głodu. Gekony walają się wszędzie, radskorpiony też, ale to była kupa luda, to by im nie starczyło tego jedzenia. No to wzięli broń, którą pewnie by potem niechybnie zjedli i ruszyli do Little Rock. Wiesz, to były krótkie ataki, żeby złupić trochę rzeczy i jedzenia. Jeszcze dolać?
- Lej, nie pytaj. Dołożysz do mojego rachunku.
- Jasne - barman lekko się skrzywił, że nalał zanim usłyszał resztę zdania - Na czym to ja... Aha, no więc małe napady rabunkowe. Nic wielkiego to w sumie nie było, minimalne straty były po obu stronach, ale mieszkańcom już się trochę tego przejadło. Próbowali różnych sposobów, zastawiali pułapki, wysadzali, nawet raz jednego rozsmarowali na ścianie otaczającej miasto, ale z tym dali spokój, bo strasznie to potem śmierdziało. Aż pewnego dnia zawitał do nich taki jeden podróżnik - zerknął niepewnie na człowieka w płaszczu - ubłagali go, żeby im pomógł. Zapłacili ponoć niemałą sumkę, ale nie żałowali. Podróżnik doradził im, żeby się schowali do domów pogasili światła i w razie czego strzelali z okien. Otworzył bramy miasta, a Kobry myśląc, że Little Rock zostało opuszczone, wjechały do niego nie przeczuwając pułapki. Kupiec wspomniał, że bardzo się mieszkańcom podobała sztuczka z samochodami. Otóż, podróżnik podłożył kilka ładunków wybuchowych wokół bramy, a kiedy Kobry wjechały, zdetonował je. Otoczył ich krąg ognia a kiedy mieli uciekać, wysadził granatem samochody z tyłu. Dranie paliły się żywcem.
- I to już? Cała ta Rzeź to tylko spalenie żywcem kilku bandytów? - Spojrzał z obrzydzeniem na barmana, a potem wychylił z uśmiechem następnego kielona.
- No oczywiście, że nie. Zresztą to nie było kilku. Ich było blisko pięćdziesięciu! Około trzydziestu wymknęło się z tej pułapki i zaczęły się strzelaniny w mieście. Podróżnik chował się po budynkach, zachodził Kobry od tyłu, z boku, brawurowo atakował z przodu. Trwało to całą noc, a kiedy nastał ranek wszystkie Kobry leżały martwe. Kupiec przyjechał właśnie tego dnia, kiedy sprzątano ciała. Widział też jak burmistrz płacił z uśmiechem podróżnikowi. Handlarz mówił, że ten ktoś miał na sobie czarny płaszcz i kapelusz oraz jeden z największych rewolwerów jakie widział w życiu, a na pewno widział ich całe mnóstwo. - Znowu ukradkiem spojrzał na nowego gościa.
- Jeden człowiek... No, ładnie, ładnie. - bywalec dumnie wypił zawartość następnego kieliszka.
- Zaraz, zaraz - powiedział Gabriel - i to wszystko?
- A co, mało? Tak, to było wszystko o czym słyszałem. A słuch mam dobry.
- W takim razie dziękuję za opowieść.
- Coś mam wrażenie, że akurat tobie ona wcale nie była potrzebna, chociaż mogę się mylić. A mylę się rzadko.
- Cóż - powiedział z uśmiechem Gabriel - mam taką nadzieję. Ile się należy za butelkę?
- Dopiszę to do twojego rachunku - odparł z uśmiechem barman, a bywalec spojrzał na niego z wyrzutem.
[oceń opowiadanie]
(konieczna rejestracja na Shamo)
© 2007 kaznodzieja_nowej_ery