<< TWÓRCZOŚĆ | INNE OPOWIADANIA

ZABÓJCA

     - Jestem królem świata! - Śmiał się do siebie jadący przez pustynię człowiek ubrany w zaawansowany pancerze wspomagany. - To zadanie było zupełna dziecinadą! Ciekawe ile mi za nie zapłacą?
          Ów człowiek nazywał się Sanchez, a przynajmniej tak mówił. Był niezależnym zabójcą na zlecenie. I trzeba było przyznać iż był jednym z najlepszych. Bezlitośnie skuteczny. Mordował na zlecenie rządów, mafiosów jak również osób prywatnych którym ktoś nadepnął na odcisk.
          W tym momencie jechał właśnie do New Reno w swoim Highwaymanie, którego odziedziczył gdy miał 15 lat. Auto było wysłużone i miewało swoje kaprysy, ale to tylko sprawiło, że Sanchez jeszcze bardziej je kochał. Nazwał je nawet El Ninio.
          Co do samego Sancheza... Nie wiele można było o nim powiedzieć. Pochodził z Broken Hills. Jego ojciec był farmerem, który zaopatrywał pracujących w tamtejszej kopalni mutantów w jedzenie. W zamian za to, tamtejszy szeryf, wiekowy supermutant Marcus, uczył jego syna sztuki przetrwania. Sanchez był mu za to bardzo wdzięczny, biorąc pod uwagę to czym teraz się zajmował. Marcus próbował również mu wpoić zasady fair-play, ale Sanchez wolał swój styl walki: ostro, szybko i bez zbędnych ceregieli.
          Sielanka ta skończyła się gdy ojciec Sancheza zmarł od zatrucia promieniowaniem. Facet wleciał do szybu kopalni za jedną krową i złamał nogę. Znaleziono go na drugi dzień. Świecił jak flara.
     - To było 10 lat temu - pomyślał z nostalgią. - Papa pewnie nie był by zadowolony z tego kim się stałem.
          Ale Sanchez lubił swoją pracę, swoje życie. Wykonał już setki zleceń. Niektóre wymagały wybicia sporej grupy ludzi, ale przeważnie wystarczyło wejść do domu nocą, wymierzyć i pociągnąć za spust. Zapłata też bywała różna. Czasem było to tylko kilkaset chipów, innym razem wypłata szła w tysiące. Ginęli różni ludzie: mordercy, niewolnicy, mutanci, dłużnicy lub osoby nie wygodne dla zleceniodawcy. Jemu było wszystko jedno. Byle by płacili.
          Jednakże nie był on potworem bez serca. O nie... Część zarobków zawsze przeznaczał na cele charytatywne. Dzięki niemu dzieciaki w Den nie musiały kraść dla tej łajzy, Flicka. Dogadał się z właścicielka tamtejszego baru, którą wszyscy nazywali Mamuśką, że za pieniądze które jej będzie dostarczał, da tym dzieciakom raz dziennie porządny posiłek Wspomógł również rozbudowę szpitala doktorka Johnsona w Redding.
          I tak jego życie toczyło się w zadowalający sposób. Miał swoje auto, tajną melinę o której tylko on wiedział oraz doskonałe narzędzia pracy. Za mieszkanie służył mu opuszczony bunkier jakiejś tajnej armii. Tajnej i dobrze wyposażonej. Było tam wszystko. Automatyczny lekarz, sala do ćwiczeń i olbrzymia zbrojownia. To stamtąd pochodziła jego zbroja, oraz jego ukochane spluwy: karabin Gaussa M72, Bozar oraz Desert Eagle '44. Oczywiście zbrojownia była pełna innych narzędzi zagłady: wszelkiej maści karabinki, pistolety, broń energetyczna oraz karabiny dużego kalibru. Miało to ten plus, że mógł się zaopatrzyć na niemal każdą akcję, czy to masową rzeź czy też do zadań wymagających dyskrecji. Był też drugi plus: zawsze mógł sprzedać część giwer by trochę dorobić, ale generalnie handlował tym co zabrał trupom, jeśli była ku temu okazja.
          Tak więc było się z czego cieszyć. Forsa brzęczała w kieszeni, kobiety go lubiły a on sam cieszył się szacunkiem na jaki zasługiwał.
     - Nie ma co - powiedział do swojego odbicia w bocznym lusterku - Kawał szczęściarza z ciebie.
          Nagle silnik El Nino zaczął dziwnie huczeć.
     - Tylko nie to! - zaklął Sanchez - Nie teraz!
          Jednak silnik auta w końcu się wyłączył. Znowu się przegrzał. Sanchez wysiadł, przeciągnął się i rozejrzał.
     - Ale zadupie - powiedział.
          Rzeczywiście. El Nino padł na samym środku pustkowia. Sanchez podszedł do przodu auta i otworzył maskę. Silnik był niemal czerwony z gorąca. Czasem to się zdarzało: silnik się przegrzewał. Trzeba było wtedy czekać około 12 godzin aż wystygnie. Sprawdził stan paliwa. Bateria była w połowie pełna.
     - Cóż, paliwa ma pod dostatkiem. Wiec albo poczekam do jutra aż ostygniesz albo ci w tym jakoś pomogę.
          Zajrzał do bagażnika. No, tak... Zostało mu tylko pół manierki wody. Na nic to się nie zda przy chłodzeniu silnika.
     - Chyba czeka mnie przymusowy nocleg. - Mruknął do siebie - Że też nie zachciało ci się zatrzymać przy jakiejś fajnej knajpie. No wiesz, takiej z łóżkiem i kobitką w nim.
          To była jedna z wad Sancheza: gadał do auta jak do osoby. Nie pozwalał go dotykać ani się o niego opierać. Jeden co to zrobił, skończył z licznymi złamaniami i wybita połową zębów.
     - Nie ma co. Wredna z ciebie kobyła, El Nino.
          Słońce z wolna zachodziło. W dodatku zanosiło się na burze piaskową. Sanchez zamknął klapę bagażnika, zatrzasnął maskę auta i wsiadł do środka. Następnie zasunął wszystkie szyby, zablokował wszystkie drzwi. Na koniec położył na sąsiednim siedzeniu swoja spluwę, umościł się wygodnie w fotelu i zaczął powoli zasypiać. Śnił o forsie którą już jutro dostanie.

          Rano, gdy się obudził, był wypoczęty i zadowolony że jednak się przespał.
     - Tobie naprawdę na mnie zależy El Nino - wyszeptał wesoło.
          Otworzył drzwi i wysiadł. Powietrze było aż siwe od unoszącego się pyłu. Nocna zawierucha była bardzo silna. Sanchez już miał iść sprawdzić stan silnika gdy nagle skamieniał. Kilka metrów dalej stał identyczny Highwayman. Wcześniej go tu nie było.
     - Pewnie burza go zatrzymała. - mruknął do siebie.
          Skoczył do bagażnika. Wyciągnął z niego Gaussa oraz Bozara. Załadował obie spluwy, Bozara zarzucił sobie na plecy, '44 wsadził do kabury przy pasie a Gaussa wziął w ręce. Tak przygotowany ruszył do nowego auta. Po drodze zastanawiał się kto mógł go zostawić. Może jakiś Raiders? Podobno mieli w swej stajni jakieś pojazdy. Najbardziej był jednak ciekaw co on ma w bagażniku. W końcu, jeśli pustynia daje ci prezent to go bierzesz i o nic nie pytasz. Był już mniej więcej 5 metrów od auta gdy zorientował się że w środku nie ma nikogo.
     - Gdzie kierowca? - przeszło mu przez myśl. - Przecież nie porzuca się takiego skarbu.
          W tejże chwili usłyszał charakterystyczny odgłos ładowanej strzelby bojowej.
     - Ani kroku dalej - usłyszał - inaczej zginiesz.

     - Ta twoja pukawka nie zabije mnie - głos Sancheza był spokojny. - Mam na sobie pancerz wspomagany.
          Agresor zaśmiał się.
     - Ale nie masz hełmu.
          Rzeczywiście. Hełm Sancheza leżał na tylnym siedzeniu El Nino. Ściągnął go przez sen.
     - Obróć się - nakazał głos
          Sanchez zrobił to. Jego oczom ukazał się jakiś typ w bojowej zbroi. Na lewym ramieniu miał jakiś symbol. Sanchez od razu go rozpoznał.
     - Słyszałem o tobie - powiedział do przybysza - Podobno sam rozwaliłeś to stado Szponów które zaatakowało tą mała farmę koło Modoc.
          Nieznajomy wzruszył ramionami.
     - A nawet jeśli to co?
     - Nic. Po prostu jestem ciekaw z czyjej ręki zginę.
          To słowa wyraźnie zaniepokoiły przybysza.
     - A czemu miałbym to zrobić? - spytał lekko zaskoczony.
          Sanchez lekko przechylił głowę, nie mogąc zrozumieć tego pytania.
     - Po to tylko by przeżyć - odparł bez zastanowienia.
     - Bezmyślne zabijanie nie leży w mojej naturze - zripostował się nieznajomy
     - Czy ty jesteś z Księżyca? - wybuchnął - Przecież to jest Pustynia! Pieprzone piekło na ziemi! Tutaj aby żyć musisz zabijać!
          Nieznajomy tylko lekko się uśmiechnął.
     - Jeśli tak mówisz... - rzekł, unosząc lekko strzelbę
          Sanchez chciał krzyczeć by ten zaczekał, ale do jego uszu dobiegł jakiś ryk. Nie myśląc o wycelowanej w siebie broni, obejrzał się za siebie. Na masce auta tego dziwnego faceta siedział olbrzymi Szpon Śmierci. Był niewyobrażalnie wielki. Miał chyba ze 4 metry długości... I był czymś solidnie wkurwiony. A na domiar złego nie był sam. Wraz z nim przyszło kilka mniejszych sztuk. Wszystkie chyba były głodne.
          Sanchez ruszył biegiem do El Nino. Nieznajomy natomiast zaczął pruć seriami w to urocze stadko. Jednak olbrzym już dawno szarżował w kierunku Sancheza.
     - Czego on ode mnie chce? - mruknął Sanchez, wprawnym ruchem ściągając z pleców Bozara.
          Nieznajomy tym czasem skoczył do bagażnika swojego auta i wyciągnął z niego miniguna. Załadowawszy zasobnik zaczął pruć krótkimi seriami w zbliżające się do niego Szpony. Było ich w sumie 3. Jeden padł od pierwszej serii w łeb. Dwa pozostałe natomiast czmychnęły za auto.
          W tym czasie Sanchez nadal zwiewał przed tym szponowatym behemotem. Skurwiel, mimo ze wielki, był szybki. Biegnąc łukiem, by nie oddalić się od El Nino, Sanchez cisnął granat. Liczył ze to spowolni pościg. Ale szkaradztwo przeskoczyło na wybuchającym granatem i biegło dalej.
     - Cwana bestia - pomyślał.
          W tym momencie behemot skoczył ku niemu. Sanchez, widząc ze bestia zaraz wskoczy mu na grzbiet, sam skoczył do przodu, w locie obracając się ku swemu oprawcy, jednocześnie przestawiając Bozara na ogień ciągły. W chwili kiedy bestia była nie cały metr od niego, Sanchez ścisnął spust i wypalił w sam tors potwora. Ten wybałuszył oczy i rycząc z bólu upadł na grzbiet, odrzucony siła trafienia.
          Nieznajomy natomiast właśnie dobijał ostatniego Szpona, który leżał z otwartą raną w klatce piersiowej. Zakończył jego marny żywot strzałem z bliskiej odległości. Mózg zwierzęcia rozbryzgał się na powierzchni metra kwadratowego.
          Sanchez powoli zbliżył się do leżące nieruchomo potwora trzymając go na muszce swojej '44. Gdzieś w biegu zgubił Gaussa, a Bozar już nie miał amunicji. Stwór nawet nie oddychał. Stał metr od niego gdy nagle ten poruszył gwałtownie łapa. W panice, Sanchez wpakował mu cały magazynek w łeb. Z głowy olbrzymiego Szpona mało co zostało.
          Zabójca odetchnął z ulgą, gdy nagle przypomniał sobie o tym drugim gościu. Ten stał nieopodal, mierząc do niego z jego własnego Gaussa. Sanchez, zmęczony ucieczką tylko uniósł ręce. Ni było siły by zdążył mu cokolwiek zrobić. Niespodziewanie przybysz strzelił. Pocisk opuścił lufę broni z taką prędkością ze Sanchez ledwo zdążył zamknąć oczy w oczekiwaniu na cios.
          Nagle usłyszał głuche łupnięcie za sobą. Otworzył oczy. Jeszcze żył. Nieznajomy zawadiacko oparł broń o biodro i patrzył z dumą na coś, co leżało za Sanchezem. Ten obejrzał się i skamieniał. Tuż za jego piętą leżał Wisielec. A raczej dwie połówki Wisielca. Strzał z Gaussa oderwał mu łeb tuż u podstawy. Skurwiel skradał się do Sancheza i prawdopodobnie zamierzał mu odgryźć mu głowę.
          A ten facet go uratował. Teraz stał tam i się głupio szczerzył. Sanchez podniósł Bozara i powoli, chwiejąc się lekko, zbliżył się do swego wybawcy. Gdy był już blisko, zatrzymał się. Nie wiedział jak się zachować. Nigdy nikt go nie ratował. Zawsze pracował sam. A ten facet, nic o nim nie wiedząc, pomógł mu. A mógł przecież wiać. Sanchez wyciągnął wolna rękę i powiedział:
     - Dzięki.
     - Nie ma za co - odparł tamten i uścisnął mu dłoń. Następnie wręczył mu jego Gaussa.
     - Zatrzymaj go - odrzekł. - Nie znoszę mieć u kogoś długu.
          Nieznajomy zdziwił się najpierw a potem uśmiechnął. Gdy zaczął się odwracać w kierunku swojego auta, Sanchez zatrzymał go.
     - Poczekaj. Jak się nazywasz?
     - Zwą mnie Otis. A ty?
     - Jestem Sanchez. - odparł.
     - Zabójca o złotym serduchu - uśmiechnął się tamten.
     - Tylko w niedziele i święta - zażartował Sanchez. - Dokąd zmierzasz? Ja jadę do New Reno. Przydałby mi się ktoś taki jak ty.
          Obcy zatrzymał się i pokiwał głową.
     - Ja pracuje sam - odparł dumnie. - A po za tym jadę w drugą stronę, do NCR. Mam tam spotkanie z Westinem.
     - A co do niego masz? - zapytał Sanchez, ledwo powstrzymując się od śmiechu.
     - Wykonałem dla niego pewną robotę i musze odebrać zapłatę.
          Zabójca nie wyrobił i ryknął śmiechem.
     - No to możesz zmienić plany - rzekła, uspokoiwszy się. - On nie żyje. Ja go zabiłem.
          Otis spojrzała na niego, ale bez wrogości.
     - Szkoda. Miał mi sporo zapłacić.
     - A co ci zlecił? - spytał Sanchez, niemal współczując Otisowi.
     - Kazał mi rozbebeszyć Raidersów. I zrobiłem to.
          Zabójca pokręcił głową.
     - Próżny trud.
     - Nie mogłeś poczekać dwa dni?
     - Niestety, ale zlecenie od Bishopa nie może czekać.
          Otis najpierw na niego spojrzał na niego z niedowierzaniem, a potem ryknął rubasznym śmiechem.
     - Bishop? - spytał, dusząc się ze śmiechu - Bishop cię wynajął?
     - Tak. A co? - spytał zdezorientowany - Właśnie jadę po wypłatę.
          Otis znowu zaniósł się śmiechem.
     - No to możesz zmienić plany, bo on też nie żyje.
     - Jak to?! - Sanchez nie mógł uwierzyć w to co słyszy - Kto go zabił?
     - Ja - odparł spokojnie tamten - Był powiązany z Raidersami więc usunąłem go razem z nimi.
          Zabójca poczuł, że grunt ucieka mu spod nóg. Stał osłupiały. W końcu otrząsnął się. Przecież ten jeden fagas nie mógł tego zrobić. Chociaż... Jeśli naprawdę sam jeden załatwił całe stado Szponów... Tutaj miał tego dowód. Cholera. Taka kasa przeszła mu koło nosa.
          Otis, widząc jego zmieszanie podszedł i poklepał go po ramieniu.
     - Nie martw się. I tak pewnie by cię zabił. Tacy jak on nie zostawiają świadków.
     - Pewnie masz rację. - Była to jednak marna pociecha.
          Otis odprowadził go do El Nino. Ten bez słowa wsiadł. W tym czasie Otis ściągnął z siebie pancerz. Dzień był strasznie gorący. Sanchez siedział za kierownicą i zapuścił silnik.
     - Wiesz co? - zagadnął - Ty jednak jesteś fartuch.
     - Czemu tak mówisz? - zdziwił się Otisowi.
     - Bo być może przepadła ci kasa od Westina, ale za to sporo zarobisz na broni od Raidersów i towarze od Bishopa.
          Otis zastanowił się chwile.
     - W sumie masz racje - odparł. - Będzie z tego kawał grosza.
          Sanchez tylko się uśmiechnął.
     - Ja zostałem z niczym - rzekł, po czym dodał na pożegnanie. - Trzymaj się, Otisie "Farciażu"
          Gdy Otis odwrócił się bez pożegnania i zaczął iść w kierunku swego auta, Sanchez przyjrzał się mu dokładnie. Potem ruszył ku północy, szukać nowej fuchy. Po drodze spojrzał w boczne lusterko.
     - Powodzenia, Szczęśliwa Trzynastko - powiedział, widząc żółtą trzynastkę na plecach Otisa.

[oceń opowiadanie]
(konieczna rejestracja na Shamo)

© 2005 Rafał Zyskowski

<< TWÓRCZOŚĆ | INNE OPOWIADANIA