ŻOŁNIERZE ENKLAWY
Życie jest ciężkie, to pewne. Jutro było by 30 lat służby,
tak było by. Mogłem się domyślić, że trochę za łatwo mi
szło. Przystąpienie do armii w wieku 10 lat, to było coś.
Jako jeden z nielicznych mogłem się pochwalić normalną rodziną,
chociaż co teraz można nazwać normalnym. Wszystko się
zmienia, teraz nawet coraz szybciej. Widziałem kiedyś projekcję
taśm o czasach przed pustką. Z tym też miałem szczęście,
niewiele taśm się zachowało a jeszcze mniej odbiorników
zdolnych je odtworzyć. Mimo wszystko pamiętam te fragmenty, było
na nich miasto ale nie takie jak teraz o nie, pełno było ludzi
pojazdów. Wtedy nie mogłem pojąć jak tylu ludzi mogło zniknąć
z powierzchni planety. Dalsze szkolenie pokazało mi to co chciałem,
przynajmniej wtedy, teraz sam już nie wiem czy chciał bym to
wiedzieć. Dalej też nie było trudno. Inni podziwiali mnie,
chociaż teraz nie jestem do końca pewien czy to nie był strach
lub zazdrość. W wieku 20 lat ukończyłem trening i zostałem
przydzielony do oddziału, to była chyba 4 brygada, nie pamiętam.
Pamiętam tylko, że była najlepiej wyposażona i wysyłana
tylko w kluczowych dla dowództwa celach. Z początku bardzo
rzadko opuszczaliśmy platformę. Ojciec wspominał coś o
promieniowaniu i pozostaniu w ukryciu ale sam zdawał się nie być
do końca pewien. Tak więc pierwsze 15 lat spędziłem z oddziałem
głównie w miejscu swoich narodzin, sporadycznie wylatując jako
wsparcie do większych akcji. Największą było oczyszczanie
terenu pod bazę wypadową połączone z ochroną pracujących
tam później ekip, jednak trwało to zaledwie parę miesięcy.
Potem jednak zostałem przeniesiony do nowego oddziału w placówce
zwiadowczej. Navaro bo tak ją wszyscy nazywali, była i jest
jedynym połączeniem z platformą. Wtedy nie domyślaliśmy się
nawet co tu zastaniemy. Dowództwo zawsze milczało w sprawie
nowych "mieszkańców" byłych Stanów Zjednoczonych.
Dopiero gdy dwóch z nas zginęło w walce z jakimiś oślizgłymi
istotami wspieranymi przez mniej już straszne ale nie mniej groźne,
olbrzymie srebrne jaszczurki zrozumieliśmy, o jak wielu zmianach
nawet doradcy prezydenta zdawali się nie wiedzieć. Wszystko
zaczęło nabierać tępa dopiero tutaj. Wysłannicy prezydenta
nawiązali kontakt z kilkoma schronami. Już kilka dni później
przełożeni wysłali 3 grupy do schronu nr 13 w celu
przygotowania ich do jakiegoś eksperymentu. Nie znam szczegółów,
jednego jestem jednak pewien, niewielu było jego świadków.
Zdaje się, że nikt z tych którzy tam byli nie wracał już do
swoich jednostek Nic się nie zmieniało, aż do tego roku. Zaczął
się spokojnie, wyjazdem kolejnej grupy do schronu. Potem pojawiły
się problemy, nie jeden, nie dwa ale cała masa. Najpierw jakiś
problem w "13" cała brygada zaginęła podczas próby
opanowania sytuacji, dopiero pojawienie się Horrigana uspokoiło
sprawę. Zaledwie tydzień później zwiadowcy donieśli o jakimś
silnie opancerzonym patrolu w okolicach San Francisco, a teraz on.
Przywódca niewielkiej, najwyżej 4 osobowej grupy rozbił pluton
wyposażonych w Power Armoury zwiadowców. Mój oddział został
w trybie natychmiastowym odprawiony w celu zneutralizowania przywódcy
tej grupy. Jeszcze w Verbirdzie myślałem, że to kolejna misja
w stylu innych zamachów, czyli rozładunek, godzinny marsz,
klika strzałów i powrót. Kto mógł wtedy przypuszczać, że
plan samego Franka Horrigana zawiedzie. Dokładnie przed dwoma
godzinami 8 osobowy oddział wyposażony w najnowsze wersje Power
Armourów, 3 strzelby plazmowe, 2 lasery ,2 Miniguny i jedną
wyrzutnię rakiet wyruszał w stronę jaskini. Jaskinia ta położona
była o 100 mil na zachód od Navaro i była prawdopodobnie początkiem
podziemnego tunelu, którego budowa sięga jeszcze czasów przed
pustką. Załoga zwiadowczego Verbirda zameldowała, że
tajemnicza ekipa mijała jej wejście godzinę przed nami. Z początku
mieliśmy ustawić tylko snajperów przy wyjściu ale zwiad doniósł,
że znajdujący się pod ziemią tunel może rozciągać się na
powierzchni wielu mil i posiadać więcej niż jedno wyjście.
Pamiętam jak zastanawiałem się czy opłaca mi się zdejmować
nowiutkiego miniguna z pasa na ramieniu. Szybko jednak straciliśmy
dobry humor. Zaraz za wejściem zobaczyłem kilka potwornie
zdeformowanych ciał. Zgodnie z zaleceniem zwierzchników nie używaliśmy
sprzętu do widzenia w nocy gdyż pobierał by on zbyt dużo
zasilania. Włączyliśmy więc latarki i ruszyliśmy przed
siebie, cały czas odgarniając ścierwo leżące na każdym
kroku. Kontakt z bazą słabł w miarę jak posuwaliśmy się do
przodu. W końcu zanikł zupełnie. Gdy doszedłem do skrzyżowania,
coś mnie tknęło i zdjąłem miniguna z ramienia, dziwne
uczucie rosło. Zrobiłem kilka kroków do przodu i zobaczyłem
jak coś się rusza. To był impuls, tylko mały skurcz ścięgna.
Dopiero wtedy zauważyłem do czego strzelam. To był szczur. Mały
szary jedzący jakieś zwłoki szczur. Nie zdążył nawet się
oderwać się od posiłku. Fala uderzeniowa zmiotła go z podłoża,
wyrywając pokaźnych rozmiarów dół. Łuski wystrzeliły w ścianę
i zaczęły odbijać się na wszystkie strony. Reszta oddziału pędzona
zapewne instynktem stadnym bez zastanowienia, również odpaliła
wszystko co miała w tamtą stronę. Wtedy zauważyłem kątem
oka cień jakiejś istoty była w tunelu obok. Zapominając o
huku karabinów zacząłem krzyczeć do mikrofonu, że ktoś się
zbliża. Jednak siła głośników w hełmach okazała się zbyt
słaba. Nikt mnie nie słyszał nawet gdy jedynym hałasem były
odbijające się wszędzie łuski i kamienie. Nie wiedziałem co
zrobić. Bezczynność była jednak gorsza od innych błędów
jakie mogłem wtedy zrobić. Do samotnej postaci przyłączyły
się trzy następne. Jedna z nich nie przypominała jednak wcale
człowieka. Była niższa, twarz jej pokrywał kaptur a w rękawach
błyszczały ogromne pazury. Pędziła prosto na nas. Gdy wróciłem
do siebie widziałem jak reszta postaci unosiła już broń do góry.
Nastała chwilowa cisza, błogosławiona cisza, tak przynajmniej
wtedy myślałem. Krzyknąłem jeszcze raz na drużynę, tym
razem usłyszeli. Było jednak za późno. Magazynki były puste
a oddział znalazł się w szoku z którego ja się właśnie
pozbierałem. Nie oddaliśmy nawet kilku strzałów. Potwór który
biegł w naszą stronę przebił już jednego z członków
niepokonanego kiedyś oddziału. Teraz nawet nie wiem kto to był.
A zresztą czy to ważne, przecież w ciągu następnej sekundy
dwóch następnych żołnierzy Enklawy leżało martwych na
ziemni. Jeden z nich najwyraźniej dostał w głowę gdyż w głośniku
usłyszałem z jego mikrofonu chrzęst miażdżonych kości i hełmu.
Wydaje mi się że w ciągu następnych sekund tajemniczy potwór
dostał kilkoma nabojami z miniguna w ramię, jednak najwyraźniej
była to tylko moja wyobraźnia lub pobożne życzenie gdyż nic
sobie z tego nie zrobił i chwilę później rozrywał zbroję
kolejnego leżącego za ziemi żołnierza. Stałem tam i patrzyłem
jak cały oddział ginie. Dalej pamiętam tylko że poczułem
szarpnięcie w okolicach obwodu zasilającego mojej zbroi. Teraz
leżę w bezwładnym Power Armour i oglądam dopalające się zwłoki
jednego z towarzyszy, prawie bez szans na pomoc. Od walki minęło
już około 7 minut gdyż na tyle starczało awaryjne zasilanie
zbroi. Pozostaje mi tylko czekać, może nasi przyślą pomoc.
Tylko czy ja chcę stanąć przed Frankiem Horriganem i powiedzieć
mu że zostaliśmy wybici, a napastników ledwo widzieliśmy. Czy
chcę przeżyć i przyznać się do tego, że jedyne co pamiętam
to żółtą 13 na plecach dwóch z wędrowców.
© Dragon Warrior